PL DE UA

Kondycja europejska

Pessimismo dell'intelligenza, ottimismo della volontà.
(Pesymizm intelektu, optymizm woli.)
Antonio Gramsci

 

W II wieku przed naszą erą helleńska sfera cywilizacyjna – monarchia macedońska oraz połączone w związku achajskim i etolskim greckie polis – stanęły wobec groźby podboju przez Rzym. Grecy potrafili wygrywać z Rzymianami bitwy, dowiódł tego – niezbyt szczęśliwie wprawdzie, ale jednak – Pyrrus. To, czego im brakowało, to wspólne imaginarium, wspólna, łącząca ich narracja, budująca poczucie jedności. Dzieliła ich pamięć. Lokalna pamięć. Większość bowiem pamiętała, owszem, upokorzenie, które przynieśli im Macedończycy. Nienawiść do kolejnego Filipa macedońskiego była wciąż żywa i większa niż lęk przed potęgą Rzymu. Mieli też mnóstwo starszych, wzajemnych pretensji, Beoci do Achajów, Ateńczycy do Beotów... Nie doszło do stworzenia panhelleńskiej federacji. Bitwę pod Kynoskefalaj wygrali Rzymianie. Grecja stała się rzymską prowincją, a Grecy poszli w niewolę.

*

Dziś, w XXI wieku, nic w świecie nie jest tak kruche jak Europa. Można oczywiście mówić, że bardziej krucha jest chińska – czy miśnieńska – porcelana, ale w tym zdaniu chodzi o kruchość ludzkich porządków; tego, jak sprawy ludzkie są ustanowione, zorganizowane, przekształcone w prawa, instytucje i obyczaje, jak rządzą naszą wyobraźnią, imaginarium. Na co dzień stwarzając przy tym wrażenie, że tak po prostu jest, bo to normalne, bo jak mogłoby być inaczej, że przecież nie ma o czym gadać; kelner – uprzejmy, policja, której się nie boję, głód, dotykający (względnie) nielicznych. Przez swoją oczywistość sfera ludzkich praktyk znika z pola uwagi. Staje się niewidzialna. A jednak to ona właśnie określa jakość naszego życia, to dzięki codziennym regułom postępowania, gwarantowanym przez obyczaj, porządek prawny i instytucje, większość z nas żyje bez codziennego, duszącego strachu, poza beznadziejnym upokorzeniem, bez ryzyka zniewolenia. Większość, piszę, bo w samej Europie coraz większe są rejony, obszary, miejsca, gdzie te groźne sprawy, objawy kryzysu są, puchną i rozrastają się. I to, że takie obszary istnieją, jest symptomem kruchości naszego porządku. Bo ten porządek jest kruchy, bardzo kruchy.

Europa jest więc jak owa Grecja; żyjąca przeszłością, z pamięcią skrzętnie podzieloną, rozparcelowaną, niezdolną by spojrzeć z takiego dystansu, który połączy poszczególne historie tego małego kontynentu w jedną Historię. Pamięcią niezdolną przyjąć perspektywy w której to, że tryumfy jednych Europejczyków są klęskami innych, nie będzie syciło nas gorzką żółcią, lecz będzie lekcją pokory. Bo po każdym tryumfie przychodziła klęska, a po każdej klęsce pozostają wdowy. Tutaj tradycja jest ołtarzem, na którym teraźniejszość składa w ofierze przeszłości swoją przyszłość. Więc spojrzenie z perspektywy określonej przez przyszłość jest trudne.

*

Oczywiste jest, jak bardzo ten mały kontynent ludzkich spraw jest zagrożony. Podobnie jak na Grecję sprzed 2300 lat, napierają na Europę o wiele od niej większe potęgi. Nie należy zbytnio poddawać się urokowi analogii, ale porównanie relacji dzisiejszych Stanów Zjednoczonych z Europą z odniesieniem Rzymu do helleńskiej ekumeny daje do myślenia. Przede wszystkim presja na rozbicie europejskiej jedności, ukrywająca się pod maską szacunku dla suwerenności państw narodowych. I dążenie do uzależnienia społeczeństw; wówczas po prostu przez sprzedanie mas ludzkich w niewolę, dziś – przez zniewolenie technologiczne i ekonomiczne, które dosięga każdego Europejczyka. „Technofeudalizm”, jak nazwał ten ustrój Yannis Varufakis.

Z drugiej strony wyzwanie militarne, niesione przez imperialistyczną Rosję, wspieraną przez chińską potęgę, dudni głuchymi uderzeniami. Te uderzenia: cyberataki, prowokacje czysto wojskowe, polityczne morderstwa w samych centrach europejskiej wspólnoty i wreszcie zalew trucizny, wylewający się z mediów społecznościowych, ujawnia wszystkie zmurszałe elementy europejskiej konstrukcji. Ten dom trzeszczy, a tynk w nim osypuje się, odsłaniając prowizoryczność wiązań i fundamentów. Tapeta uspokajających uzasadnień odkleja się.

Dochodzimy do wrażliwego momentu. To, jak uszereguje się siły, kruszące Europę, które niebezpieczeństwa uzna się za najważniejsze, bardzo wiele mówi o tym, kto i w imię jakich idei takiego uszeregowania dokonuje. Naszym tematem jest demokracja, wyzwania dla niej, nasze pytanie dotyczy zachowania porządku demokratycznego. Jakie więc jest największe dla niego zagrożenie? 

 

Musimy dojść do kolejnego, trudnego wniosku. Największym zagrożeniem dla europejskiej demokracji są Europejczycy. Europejczycy, którzy pod koniec XX wieku podzielili się na najbogatszą oligarchię, wielką warstwę tych obsługujących globalizację, przynależnych do światowej, wielkomiejskiej klasy średniej i tych, których globalizacja wypchnęła z dotychczasowej koleiny życia. Dawna wielkoprzemysłowa klasa robotnicza w wielkiej części zamieniła się w klasę z punktu widzenia ekonomii „niepotrzebną”. Ci pracujący, którzy pozostali, muszą konkurować z trudem „całej reszty świata”. Tę sytuację wykorzystują oligarchie, ci, które gromadzą coraz większe bogactwa.

 

Antagonizm polityczny pomiędzy tymi grupami Europejczyków staje się coraz groźniejszy, żywi się coraz częściej fantazmatyczną „wojną kulturową”, wpycha w objęcia baumanowskich retrotopii, bierze za zakładników migrantów. Grozi wojną domową.

*

Wspomnieliśmy, że nie należy łatwo się poddawać urokowi analogii, ale taką „europejską wojnę domową” nasz kontynent już przeżył. Pozorna stabilność „pierwszej globalizacji”, tej, która dokonała się pod egidą Imperium Brytyjskiego, rozpadła się w sierpniowych dniach 1914 roku, kiedy, po zabiciu arcyksięcia Fredynanda, Austria wypowiedziała wojnę Serbii, Niemcy – Rosji i Francji, Anglia – Niemcom, Austria – Rosji i tak dalej… A wielkie tłumy na największych placach stolic wiwatowały. 

Tylko wtedy Europa była u szczytu potęgi. Produkowała i rządziła. Zaciągała moralny dług kolonializmu. Dziś nie jest. Musi ten dług spłacać.

Dla ludzi urodzonych w drugiej połowie XIX wieku, takich jak Edmund Husserl czy Zygmunt Freud, Europa była duchowym domem. Lepszym lub gorszym, ale domem. W roku 1914 rozpoczęło się wyburzanie tej duchowej konstrukcji. Zapadając się, ujawniała tajniki swojej architektury: linie ciągłości i zerwania, dyskretnie umieszczone punkty, na których wszystko się opierało, momenty warunkujące widzialny kształt znikającej budowli. Bowiem rozpad ujawnia naturę tego, co jeszcze przed chwilą istniało; może ujawnia ją bardziej niż cała wcześniejsza historia. Poszczególne, odrywające się od siebie części przez chwilę mówią. Dlatego myśl dwudziestoletniego okresu międzywojnia jest tak fascynująca.

Są takie dokumenty filmowe, które pokazują wysadzanie w powietrze wielkich gmachów. Olbrzymia budowla na chwilę się unosi – można by pomyśleć, że robi ostatni, głęboki wdech – a następnie stopniowo zapada się w chmurze  pyłu. Rzędy okien zaczynają naglę pędzić w dół, jeden za drugim znikając w otchłani, zaś oddzielające się od siebie wielkie fragmenty ścian osuwają się w równych szeregach w kłęby dymu, które wznoszą się ku niebu. Z lekkością, jakby w tańcu, przemieszana materia odchodzi z tego świata. Po chwili wszystko znika, opada kurz, w miejscu domu pozostaje tylko wyrwa. Tak w sensie moralnym i politycznym skończyła się europejska wojna domowa. W 1945 roku.

*

„Zarys manifestu demokratycznego” o. Innocentego Marii Bocheńskiego, opublikowany w paryskiej „Kulturze”, tekst do którego nawiązujemy w rozważaniach na temat dzisiejszego losu demokracji w Europie, jest nieprawdopodobnie optymistyczny. Momentami skłania do pytania, czy nie mamy to do czynienia z lekko przesadnym „optymizmem woli” w stylu Antonio Gramsciego, który uwięziony przez Mussoliniego w ponurych latach 30., pisał na przekór wszystkiemu, że z intelektu jest pesymistą, ale optymistą z woli właśnie. 

 

„Zarys manifestu…” z 1951 roku od końca europejskiej wojny oddziela tylko 6 lat. Od naszej epoki – 75. Kontynent przedzielony był wówczas żelazną kurtyną, w imperium Stalina narastała kolejna fala terroru, w USA – maccartyzm. Momentami manifest jest uderzająco anachroniczny; kiedy w jakiś XIX wieczny sposób podkreśla wyższość kultury europejskiej nad innymi, albo kiedy wszystko co dobre wywodzi z chrześcijaństwa. W tym, co najważniejsze, jest jednak uderzająco aktualny. Co ważne, jest bardziej aktualny niż wiele mocnych wypowiedzi liberalnych demokratów dzisiaj. Już w pierwszych zdaniach Bocheński wiąże demokrację z równością. Nierówności faktycznej przeciwstawia dążenie do sprawiedliwości społecznej, do praktykowania równości praw, do moralnego oburzenia na dzielenie ludzi na lepszych, bo bogatszych i gorszych, bo uboższych. Widoczne jest, że nie przeszedł morderczej „kuracji” neoliberalizmem, która rozpoczęła się dopiero na przełomie lat 70. i 80. XX wieku, a której przesłanie wybrzmiewa w wypowiedziach wielu dzisiejszych demokratów. Dla niego podstawowym wyzwaniem był radziecki komunizm. 

To, co jednak najbardziej uderzające w jego opowieści, to właśnie optymizm. Dziś żyjemy w epoce schyłku, z coraz większą świadomością katastrofy, którą była europejska wojna. Pojawiające się, aktualne teksty kultury głęboko temu zaświadczają. Odwołam się do jednego z nich. 

To film „Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego. Jest rok 1947, cztery lata przed „Zarysem manifestu…” Bocheńskiego. Tomasz Mann jedzie z Frankfurtu, okupowanego przez Amerykanów, do Weimaru, w radzieckiej strefie okupacyjnej. Z uporem godnym lepszej sprawy chce opowiadać o „dobrym Niemcu”, Goethem. Jego córka, Erika (grana przez fenomenalną Sandrę Hueller) krzyczy: po co to robisz?! Tu rządzą Amerykanie i Rosjanie! Niemiec już nie ma. Mann ciągle broni się przed tym, jest suchy i kostyczny. Dopiero w ostatniej scenie obrazu, w zdewastowanym, pustym kościele, w którym ktoś na zniszczonych organach próbuje grać Bacha, wybucha płaczem.

Europa jest kontynentem, któremu wtedy złamano kręgosłup. Paradoksalnie, jaskrawo widoczne stało się to dzisiaj, kiedy kręgosłupa ten mały kontynent, być może po raz pierwszy od końca europejskiej wojny, potrzebuje tak bardzo. 

I nie łudźmy się, to nie dotyczy tylko Niemiec. Jak pokazał Tony Judt, większość podbitych przez Hitlera krajów uczestniczyła w projekcie Festung Europa. Owszem, w wielu krajach elity i znaczące odłamy społeczeństwa walczyły przeciw hitlerowcom. Ale ogromne, ogromne odłamy z mniejszym lub większym entuzjazmem uczestniczyły w niemieckich zbrodniach i niemieckim wysiłku wojennym. I czerpały z niego korzyści. Podkreślmy, również że zbrodni faszystów. W niektórych krajach, jak we Francji, uczestniczyło w nich państwo. W innych, jak w Polsce, poważne grupy społeczeństwa. Ale tylko Niemcom dane jest błogosławieństwo niewątpliwej winy.

To właśnie dlatego Europa tak łatwo powierzyła swoje bezpieczeństwo Amerykanom. „Nigdy więcej” oznaczało dla wielu Europejczyków „nigdy więcej takiej mobilizacji, takiego wysiłku”. „Nigdy więcej nie być przeciw całemu światu”. „Nigdy więcej nie toczyć prawdziwej wojny”. Dlatego wycofywanie się USA z Europy wywołuje u niektórych panikę, a u innych gotowość ugięcia kolan przed Rosją. 

*

Jak pisał Clifford Geertz, raz zachwiana, „moralna i intelektualna pewność siebie” okazuje się nie do odzyskania. To, czego nie może dostarczyć sobie Europa po tamtej katastrofie i rozpoznaniu jej w latach 60., to etyczna racja swoich błędów, całej swojej historii, ostatecznie – swojego istnienia. Nie potrafi się legitymizować. 

W kilku europejskich krajach okres lat 60. zapoczątkował pewien rodzaj eksploracji wstydu za zbrodnie wojen pierwszej połowy XX wieku. W gwałtownym buncie przeciw przeszłości niemiecka, francuska i angielska młodzież ukazywała swój wstyd jako odpowiedź na rodzicielską winę. Zdolność do takiego wstydu, wstydu za zbrodnie, których autorami byli nasi poprzednicy – nosiciele tej samej tradycji, którzy jednak zaniedbali  obowiązek rozliczenia się – stała się miarą nowego rodzaju dumy. Dumy, która z pozycji przyszłości, wspólnej przyszłości wolnych i równych sobie ludzi, sądziła straszną przeszłość, która ukrywała się w teraźniejszości.

Jednak w ciągu trzydziestu lat praktyka dumy z tego, że potrafię się wstydzić za winy ojców, uległa rytualizacji. Utraciła bowiem swoje pewne oparcie we wspólnej przyszłości. Dzisiaj zatem ten rodzaj dumy ze wstydu zderza się z odrzucającym je pragnieniem dumy bezwstydnej. 

Znaczące jest jednak to, że te dwa rodzaje dumy oddzielają często dzisiejszych „silnych” od dzisiejszych „słabych”. Słabi chcą dumy bez wstydu.

Proces rozliczania win ojców najgwałtowniej przebiegał – i przebiega – w tych europejskich społeczeństwach, które niedawno, w XIX i XX wieku, historycznie były wystarczająco silne, by móc okrutnie krzywdzić całe społeczności, narody, cywilizacje. Musiały mieć, jak Niemcy, sprawność organizacyjną, pozwalającą przeprowadzić Zagładę. Floty, jak Anglicy czy Francuzi, mogące przewozić ekspedycje kolonialne do najdalszych zakątków ziemi. Musiały wreszcie mieć szczególny rodzaj poczucia suwerenności, który nakazuje mówić: to my! Brać odpowiedzialność, również za sprawy trudne i złe. Doświadczenie sprawczości tych wspólnot uniemożliwiało uspokajające słowa: to inni. Typowe dla społeczeństw słabych. 

Temu procesowi towarzyszyło upowszechnienie nakazu wstydu jako pewnego rodzaju normy cywilizacyjnej. Od tamtych czasów głoszenie dumy pozbawionej wstydu traktowane było przez liberalne elity jak przechwałki zarozumiałego dziecka, które nie rozumie, że nikt nie jest bez winy. Gdy jednak na asymetrię dojrzałości nakłada się asymetria ekonomicznej i politycznej siły, reakcją może być tylko ślepe: „nie, bo nie!” słabych. Negowanie potrzeby wstydu stało się odwetowym językiem tych, którzy nie mieścili się w nowym paradygmacie racjonalności – tak europejskich państw peryferyjnych, jak „wewnętrznych” peryferii kulturowych i ekonomicznych społeczności dominujących. Przyjąć winę swoich matek i ojców można bowiem tylko w imię przyszłej emancypacji, nadziei na wyzwolenie.

W XXI wieku, gdy wspólna przyszłość ludzkości już dawno stanęła pod znakiem zapytania, najbogatsze grupy społeczne Europy pozostały silne. Paradoksalnie, mimo werbalnego wzięcia odpowiedzialności za przeszłość, pod koniec XX wieku nadal potrafiły realizować swoje bezpośrednie interesy, spychając społeczności i kraje peryferii – europejskich i nie tylko – w ekonomiczną i polityczną zależność. Połączenie w latach 90. idei powszechnego obowiązywania praw człowieka z powszechnym obowiązywaniem praw racjonalności gospodarczej – pozornego apogeum rozwoju humanistycznej racjonalności XX wieku – okazało się arbitralnym bricolage’em, Było myślowym konstruktem – „urządzeniem” w sensie, jaki nadał temu słowu Deleuze – o ogromnych jednak, rzeczywistych skutkach. Otworzyło ono bowiem drzwi dla moralnej legitymizacji ekonomicznych nierówności. Skrajnych nierówności bogactwa. Dokładnie tego, co potępiał o. Bocheński.  

*

Największym niebezpieczeństwem dla Europy wydaje się więc wojna wewnętrzna, konflikt wywołany rozpadem spójności społecznej. Narastające nierówności ekonomiczne, dewastacja sfery publicznej (służby zdrowia, edukacji, transportu zbiorowego) czy wreszcie moralne przyzwolenie na ogromne różnice majątkowe, na „lepszość” i „gorszość”, jak o tym pisał Bocheński, doprowadzają do narastania wrogości, nienawiści wręcz, w obrębie europejskich społeczeństw.

 

W każdym prawie kraju wspólnota rozpada się na tych najbogatszych, stopniowo polepszających swą pozycję, klasę średnią, rozpaczliwie broniącą swojego statusu, i pracujących, będących praktycznie w sytuacji ciągłej prekaryjności. Sojusz klasy średniej i pracującej, będący podstawą pokoju społecznego Zachodu po zakończeniu wielkiej wojny europejskiej, w okresie od 1945 do dziś, rozpadł się. Pojawił się sojusz oligarchii z klasą ludową.

To zjawisko, zakorzenione w głębokim poczuciu upokorzenia klasy ludowej, spowodowanej statusem „zbędności” ekonomicznej, wzmacniane jest przez dwa procesy.

Pierwszy z nich to rewolucja komunikacyjna. Media społecznościowe, kontrolowane przez gigantów technologicznych z USA i Chin, głęboko naruszyły dotychczasową strukturę przepływu informacji we wszystkich społeczeństwach globu. Dotyczy to w ogromnej mierze Europy, bowiem tutaj komunikacja publiczna miała utrwaloną i adekwatną do porządku społecznego strukturę. Rewolucja komunikacyjna, której doświadczamy, może być porównywana w swoich skutkach do rewolucji Gutenberga. Tak jak wtedy dostęp do studiowania i interpretacji Pisma uzyskały ogromne grupy ludzi, a konsekwencją tego było nadanie narastającym napięciom ideologicznego charakteru „wojny religijnej”, tak dzisiaj powszechny dostęp do produkcji i konsumowania wszelkich treści przez praktycznie każdego człowieka całkowicie zmienia obieg informacji. Odnajdują się i grupują w sieci ci, którzy dotychczas byli marginalizowani przez tzw. gate-keeperów oficjalnego systemu komunikowania się: zwolennicy teorii spiskowych, miłośnicy przemocy, upokorzeni szukający zemsty, wielbiciele seksualnej ekscytacji. Zaś „władcy platform”, właściciele X, Meta, TikToka czy Google’a, w walce o uwagę wzmacniają ich przekazy. Te przekazy często biorą na cel Europę, jej porządek społeczny, jej instytucje i prawa, a przede wszystkim zasadę równości. Wzmacniane są zaś przez wszystkich walczących z Europą – amerykańską administrację, imperializm rosyjski, Chiny. Skutki tej zachodzącej już rewolucji wzmacniane są teraz przez upowszechnianie się AI.

Drugi proces to nasilająca się migracja z globalnego południa. Do społeczeństw europejskich napływają grupy zdesperowanych ludzi z terenów objętych wojną albo zagrożonych głodem. Są też ludzie, chcący po prostu poprawić swoją sytuację życiową. W jednych krajach jest ich więcej, w innych mniej, ale ich obecność zmienia krajobraz europejski. Co więcej, ci ludzie budzą lęk w klasach zagrożonych prekaryjnością, bowiem konkurują o tę pracę, która w Europie jeszcze pozostała. Mieszkańcy dawnego Zachodu pragną zaś społeczeństw monoetnicznych, białych, „czystych”, zgodnie z urojoną wizją „dawnych, dobrych czasów”. 

Jednak społeczeństwa europejskie w większości nie mają dzieci. Ktoś musi pracować w szpitalach, na budowach, w usługach i w centrach segregacji śmieci. Więc mimo wszystko migrantów się wpuszcza, a nawet sprowadza. Tylko udaje się, że ich nie ma. Skutek tego jest  taki, że rośnie grupa ludzi pozbawionych wszelkich praw, obywatelskich, a więc też ludzkich. Równość ludzi wobec prawa zostaje zakwestionowana, bowiem ktoś z „dobrym” paszportem ma zupełnie inne prawa niż ktoś ze „złym”. Rodzi się społeczeństwo kastowe. A ludzie zagrożeni zbędnością zyskują nowy argument na rzecz poglądu, że elity i państwo jest przeciw nim. Aż do przekonania, że chcą zastąpić dawną ludność europejską migrantami – teorii „wielkiego zastąpienia”. 

Gniew klas ludowych kieruje się więc przeciw klasie średniej, merytokracji, państwu. Pod hasłem „wolności” tworzy się zadziwiający sojusz oligarchii i ludu, wymierzony w to, co pomiędzy. Można to zrozumieć – człowiek słaby boryka się z brakiem dostępu do lekarzy, z arogancją prawników, z bezdusznością administracji, z wykluczeniem komunikacyjnym. Państwo postrzega jako wrogie. Choćby dlatego, że ze względu na katastrofę klimatyczną zmusza go ono do kosztownych zmian. Zaś bogaczy na co dzień nie spotyka. Ogląda ich wizerunki w rolkach mediów społecznościowych i podziwia ich.

To wszystko napędza procesy faszyzacji społeczeństw europejskich. I to wydaje się być największe niebezpieczeństwo dla europejskiej demokracji.

*

Czy wobec tych wszystkich narastających, w gruncie rzeczy katastrofalnych trudności Europa, jaką znamy, ma możliwość przetrwania? Żeby tak się stało, musi się głęboko zmienić. Ale musi też zachować to, co najważniejsze ze swojego dziedzictwa.

Żeby to wytłumaczyć, użyję pojęcia, które ostatnio często przywołuję – pojęcia nadziei radykalnej, które stworzył Jonathan Lear. Europa potrzebuje nadziei radykalnej.

Jaką postawę mamy przyjąć w sytuacji, w której wypływamy ze znanego nam portu, portu w którym spędziliśmy życie, ale wiemy, że gdy wrócimy, tego portu już nie będzie? Albo raczej, że już nie wrócimy, że będziemy musieli zacząć od początku w innej pozycji w porządku egzystencji? Że po drodze poniesiemy ofiary, ale ostatecznie – zgodnie z zasadą nadziei woli – coś z nas przetrwa? Pierwsza i najważniejsza decyzja dotyczy tego, co ze sobą zabierzemy. Co w tym nowym świecie będzie nam niezbędnie potrzebne, a co okaże się zbędnym balastem, ciągnącym nas w otchłań?

Sądzę, że najważniejszym dobrem, które Europa powinna w taką drogę zabrać, jest ludzka wiedza i umiejętności. Pierwsze skojarzenie, które wobec tej odpowiedzi się nasuwa, to skojarzenie z umiejętnościami, nazwijmy je, technicznymi. Trzeba zabrać umiejętności inżynierów, biotechnologów, lekarzy, informatyków… Wielkie pamięci pełne przepisów i instrukcji… Zręczne ręce, zdolne konstruować i leczyć… Dlatego teraz, wobec wojny prowadzonej przez amerykańską administrację z Uniwersytetami, Europa próbuje ściągać naukowców z USA. 

Tak, to jest oczywiste, sądzę jednak, że jest coś ważniejszego. Najważniejszym osiągnięciem cywilizacji, którą stworzyliśmy, cywilizacji rozlewającej się na cały glob, jest zasada równości ludzkich praw. A dziś pewnie powiedziałbym: równości praw wszystkich istot czujących. 

Ta cywilizacja ma bardzo wiele zła na swoim koncie. Często nazywa się ją – słusznie – cywilizacją niezrównaną w organizowaniu przemocy i stosowaniu jej na wielką skalę. Przemocy depczącej słabszych, ludzkich i nieludzkich, pojedyncze istoty i całe społeczeństwa. O tym pisali Adorno i Bauman. Ale jest to jednocześnie cywilizacja, która mocniej niż jakakolwiek inna wypowiedziała to, że równość praw jest wartością, wartością największą. Że wyrasta z podstawowego poczucia sprawiedliwości i że bez niej ludzie przestają być ludźmi. Na tym nadal opiera się porządek prawny i instytucjonalny Europy. Co więcej, dla większości ludzi właśnie na tym opiera się głęboko uwewnętrzniony obyczaj. Mimo narastających kontrastów bogactwa, mimo ogromnej faktycznej nierówności, głos równość zabezpieczający wybrzmiewa mocno. I coraz większa jest świadomość, że bez ekonomicznego wyrównania szans, pewnej spójności społecznej, równości praw nie da się zapewnić. Można powiedzieć raz jeszcze: w tej sprawie głos o. Bocheńskiego jest zadziwiająco aktualny.

 

Jeśli więc odpływając z naszego portu musimy wybrać coś najważniejszego, to winna być to zasada równych praw ludzkich. A właściwie: równości praw istot czujących. I taki sposób organizacji ludzkich społeczności, który tę równość będzie odzwierciedlać. 

 

Dlaczego jest to sprawa podstawowa? Są tu argumenty etyczne i pragmatyczne. Etyczny jest dość oczywisty. Poruszę jednak jeden jego aspekt, rzadziej przywoływany. Często krytyka, choćby antropocenu, głosi, że człowiek jest istotą tak zepsutą, iż właściwie jeśli zginie, to nic strasznego się nie stanie. Młodzi powtarzają: do diabła z tą okrutną bestią! Jednak zasada sprawiedliwości, na której oparte jest prawo równości istot czujących, jest jak dziesięciu sprawiedliwych Sodomy. Jest etyczną legitymizacją naszego istnienia. Pokazuje, że ludzie i tylko, jak na razie, ludzie, potrafią wyjść poza okrucieństwo praw natury, gdzie silniejszy depce, a właściwie pożera słabszego. 

Argument pragmatyczny brzmi zaś tak: wiemy wiele o społeczeństwach zinstytucjonalizowanej nierówności. Potrafią, owszem, budować piramidy jak starożytni Egipcjanie, ale dzieje się to kosztem niezmierzonych ludzkich cierpień. Co więcej, są to społeczeństwa stagnacyjne; wąskie oligarchie są przede wszystkim zainteresowane zachowaniem swoich przywilejów, utrzymaniem reszty w głębokim poddaństwie, a to oznacza, że niechętnie patrzą na zmianę i to, co nowe. Społeczeństwa równościowe o wiele lepiej wykorzystują zasoby jedynego dobra, jakie tak naprawdę mamy – zdolności do myślenia. I są bardziej elastyczne wobec nadchodzących ruchów tektonicznych.

*

W 476 r. n.e. upadło zachodnie imperium, łaciński Rzym, ten, który pokonał Grecję pod Kynokefalaj. Odoaker wysłał cesarskie insygnia do Imperium Greckiego. Minął jeszcze wiek, kiedy do władzy na Wschodzie doszedł nowy cesarz, Herakliusz. Toczył wielką wojnę z Persją, pokonał ją. Chwilę później, po bitwie nad Jarmukiem, w 636 roku, Arabowie zdobyli Egipt, Syrię, Mezopotamię. Podbili też Persję.

Cesarstwo wschodnie ograniczyło się do Azji Mniejszej, Konstantynopola i Grecji właściwej z fragmentami Bałkanów. To „skurczenie w sobie” spowodowało paradoksalny efekt. Na dworze znowu zaczęła panować greka. Dla dzisiejszych Hellenów to właśnie Bizancjum, a nie świat antyczny, jest ich Grecją. 

Czy dawna Grecja antyku odrodziła się we średniowiecznym Bizancjum? Czy ogromna przemiana cywilizacyjna, jaką było przyjęcie religii uniwersalnej, chrześcijaństwa, nadal pozwala tu mówić o ciągłości? Czy cywilizacje się odradzają? 

A wracając do zasady „nadziei radykalnej”: czy czeka nas przemiana, przyjęcie jakiejś idei uniwersalnej – choćby właśnie odnowionej idei powszechnej równości praw wszystkich istot czujących - która zmieniając, ocali dziedzictwo Europy? Czy opisana tu przemiana, rozpinająca nasz tekst, przepaść między upadkiem języka Greków w III w p.n.e a odrodzeniem w Bizancjum, może być dla nas źródłem wiary, że to co najlepsze w naszej cywilizacji tak czy inaczej się odrodzi? Czy pozbawiona ochrony USA i narażona na ataki imperiów kontynentalnych Europa ma szansę odzyskać kręgosłup? 

I najważniejsze: czy będzie zdolna prowadzić wojnę, która nadchodzi?   

*

W tekście znalazły się fragmenty innych moich opublikowanych prac.


Leder Andrzej [autor]

Andrzej Leder - ur. w 1960 roku, filozof, doktor habilitowany, profesor w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Wydał rozprawę filozoficzną: „Nauka Freuda w epoce ‘Sein und Zeit’”, pracę na temat historii Polski: „Prześniona rewolucja, ćwiczenie z logiki historycznej”, rozprawy dotyczące idei filozoficznych w XX-wiecznej Europie: „Rysa na tafli. Teoria w polu psychoanalitycznym”, i „Był kiedyś postmodernizm”, a także, po angielsku: „The Changing Guise of Myths” i po niemiecku „Polen in Wachtraum. Die Revolution 1939-1956 und Ihre Folge”. Naucza w Szkole Nauk Społecznych IFiS PAN. Mieszka w Warszawie.