Radio
Ołenie Husejnowej
Na antenie nie może być ciszy, mówi Ołena
kolega miał opisać słuchaczom
co zastano w wyzwolonym mieście
na ulicach w podwórzach mieszkaniach
widziałam jego twarz odpłynęły z niej słowa
znajdź jakieś ponaglałam go wzrokiem
lub chociaż krzycz płacz
milczał
a potem wstał i wyszedł
zostałam w studiu sama
z tymi wszystkimi zdjęciami
otwieram usta słyszę swój głos ale wiem
że na antenie już zawsze będzie cisza
Prezent
Widziałam w Kioto kamień przewiązany sznurkiem
jak prezent wstążką,
na ścieżce prowadzącej przez świątynny ogród
do pawilonu, w którym gromadka kobiet
zebrała się na ceremonię picia herbaty.
Szły tam gęsiego (każda ze smartfonem
zatkniętym za pas kimona), ale w miejscu, gdzie leżał
ten mały kamienny podarunek, skręcały,
wybierając nie ścieżkę, tylko okrężną drogę
drewnianymi pomostami nad ogrodem.
A więc tak oznaczono zakaz wstępu.
Łatwo by było go przekroczyć, nawet
w formalnym stroju krępującym ruchy,
lub cisnąć do sadzawki, gdzie długowieczne karpie
mogłyby skubać sznurek o grubym splocie,
aż rozwiązałyby jego zagadkę.
Nikt jednak nie śmie. Nie trzeba go dokładać
do innych kamieni i budować muru –
on sam jest murem nie do pokonania.
Gdyby wśród mchów, skał i sosen zamiast niego
stała krzykliwa tablica czy płot ze szpikulcami,
te obce ciała budziłyby chęć buntu.
Ale on zatrzymuje swoim podstępnym pięknem
i po cichu dyktuje warunki, a my
słuchamy go, wdzięczni, że ozdabia ogród,
do którego nie pozwala nam wejść.
Wosk
Jesienna noc jak jaskinia.
Z rodzicami na cmentarz.
Znicze jeszcze bez pokrywek
chroniących od wiatru, deszczu
i naszych wścibskich rąk.
Zanurzamy w nich zgrabiałe palce,
nurkują w sadzawkach światła,
skąd wychyną ze zdobyczą –
gorącymi naparstkami wosku
tężejącymi na skórze.
Tak przy wszystkich kolejnych grobach:
kąpiel w wosku jak w wodach termalnych,
jakby żar bił spod ziemi, a nie
od nerwowego płomienia.
Uciekamy od nudnych obrządków
tworząc własne. Nasze palce
grają ze zniczami w ciepło-zimno,
zamieniają się w woskowe sople,
w coraz potężniejsze stalagmity.
Rosną z każdą wizytą u umarłych,
aż, sięgając coraz dalej w ciemność,
dotykają ich
i wtedy się łamią.
Zbieramy je skrzętnie do torby,
monstrualne bezsilne paluchy.
Po powrocie do domu,
w starym garnku z nadpalonym uchem
uwarzymy woskową zupę.
Hopper. Apteka
Nocny marek przed witryną zamkniętej apteki
szkicuje ją w zeszycie, tę wysepkę światła.
Uwzględnić czy pominąć afisz w górnej części
okna? Reklamujący środek na przeczyszczenie?
Biały napis Ex-Lax na granatowym tle
pasuje do kompozycji. Lecz gdy ze szkicu powstanie
olej na płótnie, zniesmaczona małżonka
właściciela galerii każe przemalować
drugie x na c.
Autor obrazu się zgodzi. Zbyt długo to miasto
rzuca mu cienie latarń jak kłody pod nogi.
Chociaż dawniej wierzył, że wszystkie przeszkody
pokona jednym susem, jak w szkole, gdy chłopaki
wołały za nim, dryblasem, hop hop pasikonik!,
dziś, czterdziestoletni, zamiast żyć ze sztuki,
ślęczy nad zleceniami na ilustracje i plakaty.
Ratują go nocne wędrówki. Jasna witryna apteki
jak ołtarz w świątyni nieznanego obrządku.
Butle, a w nich lecznicze ingrediencje.
Biały napis Ex-Lax na granatowym tle:
niech im będzie, przerobi drugie x na c,
ale użyje zmywalnej akwareli i jak tylko
nadarzy się okazja, znów podmieni litery,
odzyska swoje x.
Tablica demokracji
Wisiała w ruchliwym holu uczelni
między biblioteką a kawiarnią.
Nam, studentom, pozwalała mówić.
Kipiała od słów, rysunków i zadzierżystych
znaków zapytania
jak staw w pobliskim parku
od krzykliwych flamingów.
Karmiliśmy je naszymi burzliwymi dyskusjami
i ciszą intensywnej samotnej lektury,
i marzeniami, i śmiechem, i buntem,
jak mieszanką nasion.
Najpierw ogłoszono, że mieszanka jest szkodliwa.
Wykluczono, jako najbardziej podejrzany, śmiech.
Następnie, krok po kroku, pod groźbą więzienia
zakazano reszty składników.
Po czym zdecydowano, że ptaki nie potrzebują dokarmiania.
Wreszcie, że park nie potrzebuje ptaków.
Nikt nie usunął tablicy, nadal ją mamy.
Czeka w holu między biblioteką a kawiarnią,
podziobana pinezkami,
jak żyzne dno osuszonego stawu.
Hongkong, 2025