Paweł Łyżwiński: Kim właściwie był Jerzy Giedroyc? I czym była paryska „Kultura”?
Basil Kerski: Giedroyc był człowiekiem, który – po katastrofie II wojny światowej, działając w ekstremalnie trudnych, emigracyjnych warunkach – wymyślił Polskę na nowo. Kraj wyszedł z wojny całkowicie zniszczony i odmieniony (pod każdym względem: od granic po strukturę społeczną), a w dodatku znalazł się w radzieckiej strefie wpływów. To, że Giedroyc, nie mając przecież na emigracji bezpośredniego kontaktu z Polską, miał na nią tak duży wpływ, jest wręcz niewiarygodne. Zmienił w Polsce wszystko: język, wyobraźnię, myślenie, pamięć. Dał temu państwu fundamenty na postkomunistyczną przyszłość. Nie zrobił tego oczywiście sam – za nazwiskiem „Giedroyc” kryje się bowiem cały świat autorów, intelektualistów czy publicystów, których poniekąd stworzył, zapraszając ich do uczestnictwa w tym wspaniałym laboratorium myślenia, jakim była „Kultura”. Pisanie do tego czasopisma można byłoby porównać z grą w wielkiej orkiestrze. Giedroyc był genialnym „dyrygentem”, redaktorem potrafiącym inspirować czy wręcz kształtować swoich autorów, prowadzić ich w nowe wymiary oraz wydobywać z nich pomysły albo tematy, które okazywały się im bliskie, choć na początku często sami nawet o tym nie wiedzieli. Współpraca z nim opierała się na kreatywnym napięciu, które nierzadko powodowało swoiste uzależnienie – nie mogłeś doczekać się kolejnego listu, kolejnej propozycji, kolejnej współpracy. Redaktor był postacią intelektualnie hipnotyzującą, dzięki czemu potrafił stworzyć wokół siebie pewien kosmos. Właśnie tym była moim zdaniem „Kultura” – kosmosem idei, w którym zaistniało wielu wybitnych myślicieli, intelektualistów czy pisarzy; przestrzenią twórczego spotkania rozmaitych wyobraźni i języków. Giedroyc był twórcą tego kosmosu, a w ten sposób na zawsze przeobraził nie tylko Polskę, ale miał również wpływ – zaryzykuję taką tezę – na losy Europy.
Powiedzmy zatem nieco więcej o najważniejszych bohaterach tego uniwersum.
Rola, którą w „Kulturze” odgrywali Zofia i Zygmunt Hertzowie, Józef Czapski, Juliusz Mieroszewski czy Gustaw Herling-Grudziński była olbrzymia. Na różnych etapach pojawiały się oczywiście jeszcze inne ważne postaci (Jerzy Stempowski, Czesław Miłosz czy Konstanty Jeleński), ale to właśnie bez tych kilku osób nie byłoby ani Instytutu Literackiego, ani Giedroycia. Wszyscy ci – skądinąd bardzo różni – ludzie należeli do elit II Rzeczpospolitej. Wszyscy doświadczyli jej druzgocącego upadku oraz byli ofiarami niemieckiego lub sowieckiego totalitaryzmu. Po wojnie połączyło ich natomiast przede wszystkim to, że wyciągnęli z wojennej katastrofy zupełnie inne wnioski niż większość emigracyjnych elit, zwłaszcza tych skupionych w Londynie, ponieważ przyczyny upadku II Rzeczpospolitej szukali nie tylko w warunkach zewnętrznych, lecz widzieli ją również w rozmaitych deficytach państwa polskiego oraz kadr, które nim rządziły. Ich krytyczna – i niezwykle trzeźwa – ocena przedwojennej Polski dotyczyła przede wszystkim tego, że II Rzeczpospolita była państwem niedemokratycznym, niesprawiedliwym społecznie i nietolerancyjnym wobec mniejszości, co – zwłaszcza w warunkach społeczeństwa wielonarodowego i wieloreligijnego – musiało powodować nieustanne wewnętrzne konflikty. Co więcej, Giedroyc i jego współpracownicy widzieli w II wojnie światowej nie tylko katastrofę własnego kraju, zniszczonego przez niemieckie i rosyjskie zbrodnie, ale także – a może nawet przede wszystkim – uniwersalne, etyczne doświadczenie ludzkości. „Kultura” stała na stanowisku, że trzeba oczywiście rozliczyć polityczną winę Niemców czy Sowietów, ale należy również zadać pytanie o moralną – czy wręcz: metafizyczną – odpowiedzialność każdego człowieka, bo inaczej nigdy nie wyciągniemy żadnych konstruktywnych wniosków, które pozwolą budować wspólną demokratyczną przyszłość. Wreszcie – otoczenie Giedroycia doskonale rozumiało, że Stalin, zmieniając granice w Europie Środkowej, wytworzył źródło nowych konfliktów, które będą dzielić nie tylko środkowoeuropejskie społeczeństwa, ale zatrują podziałami również sam Zachód. Środowisko „Kultury” zastanawiało się, jak wyjść z tej pułapki potencjalnego rewanżyzmu. Odpowiedzią była wieloletnia praca na rzecz międzynarodowego pojednania oraz porozumienia, integracji europejskich państw, a także sojuszy, które będą chronić wszystkie kraje przed imperialnymi tradycjami. Chodziło o to, żeby zbudować nową europejską – i głęboko ludzką – rzeczywistość. Wymyśleć na nowo nasz stosunek do świata. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to być może mało rewolucyjne, ale należy pamiętać, że „Kultura” wyszła z taką propozycją od razu po wojnie, kiedy nic nie było oczywiste. Czasopismo było za to zresztą często atakowane.
A jak zaczęła się twoja współpraca z Giedroyciem i „Kulturą”?
W przełomowym 1989 roku zacząłem studia na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie Zachodnim. Szukając lektur, błądziłem często– jak taki intelektualny Odyseusz – szukając między regałami biblioteki Instytutu Europy Wschodniej (Osteuropa-Institut) inspirujących lektur i właśnie tam zacząłem czytać numery „Kultury”. Byłem całkowicie zafascynowany formą tego czasopisma, w którym wiersze sąsiadowały z analizami politycznymi, eseistyka literacka z publicystyką, a sprawy artystyczne czy kulturalne ze społecznymi czy gospodarczymi. Spotykały się tam bardzo różne języki. Dla młodego człowieka, który chciał poznawać świat z możliwie wielu perspektyw, to było czasopismo idealne. Niedługo potem zaprzyjaźniłem się z Leszkiem Szarugą, poetą i tłumaczem, który był ważnym współpracownikiem „Kultury” w Berlinie Zachodnim. Latem 1994 roku Leszek przychodzi do mnie i mówi: „Słuchaj, redaktor Giedroyc ma bardzo ciekawy pomysł: chce zrobić monograficzny numer (co rzadko się zdarzało) o stosunku współczesnych Niemców do tzw. niemieckich kresów, czyli – po polsku – „ziem odzyskanych”. Szuka wśród niemieckich autorów ludzi o podobnej do siebie wrażliwości, którzy nie są rewizjonistami, ale chcieliby zachować więź czy budować mosty, akceptując powojenne granice. Napisz jako Polak mieszkający na pograniczu niemiecko-polskim tekst o tym, co dzieje się dzisiaj z tymi terenami, jakie mają znaczenie polityczne”. Oczywiście bez wahania się zgodziłem, ale potem uświadomiłem sobie, że właściwie nie wiem, w jakim języku mam napisać ten tekst. Chociaż język polski był moim językiem rodzinnym, to odebrałem niemieckie wykształcenie, w Polsce skończyłem trzy klasy szkoły podstawowej, pisałem wyłącznie po niemiecku i nie myślałem, że kiedykolwiek wrócę do polskiego, w którym nie byłem wówczas całkowicie biegły. Postanowiłem jednak, że muszę napisać ten tekst po polsku. Tak też się stało. Numer „Kultury” ukazał się we wrześniu 1994 roku i miał tytuł Utracone pejzaże kultury niemieckiej, a mój tekst był próbą odpowiedzi na pytanie, czy istnieje nadal zagrożenie Drang nach Osten, czy Niemcy będą dążyć do ekspansji na te tereny poprzez europejską współpracę, euroregiony albo gospodarkę. Kilka tygodni później dostałem od Giedroycia list z propozycją, żebym napisał o wyborach do Bundestagu. Tak nawiązaliśmy współpracę. W 1995 roku odwiedzałem akurat Paryż i byłem na tyle odważny, że pojechałem do Maisons-Laffitte. Strasznie się bałem, że będzie niezręcznie, bo nie chciałem się jako młody człowiek narzucać Redaktorowi. Dzieliły nas przecież 63 lat życia, trzy generacje. Ale szybko okazało się, że są ważne tematy, które bardzo nas zbliżyły: po pierwsze, Berlin, który Giedroyc dobrze znał i nawet w pewnym momencie chciał przenieść tam Instytut Literacki; a po drugie, co mnie strasznie zaskoczyło, Irak – Redaktor spędził tam ponad rok, kiedy był żołnierzem 2. Korpusu, i bardzo interesował się tym krajem. Nawiasem mówiąc, w mojej irackiej rodzinie żyła legenda o polskim korpusie, którego żołnierze zostali bardzo dobrze zapamiętani, bo byli podobni do Brytyjczyków, ale nie zachowywali się tak arogancko i imperialnie, a przy tym byli ciekawi irackiej kultury.
Kiedy o tym wszystkim opowiadam, towarzyszą mi silne emocje, bo to dzięki Giedroyciowi i „Kulturze” odnalazłem swoją polską tożsamość; zrozumiałem, że nie muszę ukrywać, że jestem Irakijczykiem i że w sensie kulturowym stałem się Niemcem, bo w gruncie rzeczy to wszystko jest częścią mojej polskości. „Kultura” była moją Polską, która zresztą otworzyła mi okno na świat, bo dzięki niej mogłem nawiązać kontakty w Ukrainie, Litwie, Białorusi, Czechach, na Węgrzech. Mówię o tym, bo coś podobnego przeżył chyba każdy ze współpracowników Instytutu Literackiego. Giedroyc był zdystansowanym dżentelmenem, stronił od bliskości, ale potrafił łączyć ze sobą ludzi, dając im poczucie bycia we wspólnocie wolnych jednostek. To było coś niepowtarzalnego.
Jaką rolę odegrała paryska „Kultura” w kształtowaniu relacji polsko-niemieckich?
Niemcy interesowały Giedroycia przede wszystkim dlatego, że tzw. „kwestia niemiecka”, czyli kwestia podziału Niemiec, była nierozerwalnie związana z sytuacją Polski i całej Europy. Przecież zbrodnie Niemców pod przywództwem Hitlera sprawiły, że Rosja, której nie udało się tego osiągnąć w latach dwudziestych, zdominowała całą Europę Środkową, wkraczając do niej w roli „zbawicielki” czy „wyzwolicielki”. Co oznaczało również niepełną powojenną suwerenność Polski i Niemiec. Giedroyc rozumiał, że te dwie niesuwerenności, to znaczy kwestia zjednoczenia Niemiec i niepodległości Polski, są ze sobą splecione. Dlatego „Kultura” popierała idee zjednoczenia Niemiec i dostrzegła także dla Polski i Niemiec geopolityczną szansę w integracji europejskiej – ale nie w sensie czysto instytucjonalnym czy biurokratycznym, lecz w znaczeniu budowy nowej kultury demokratycznej, która uchroni wszystkie kraje przez autorytarnymi czy imperialnymi dążeniami wielkich graczy. Redaktor uważnie obserwował postępujące procesy integracyjne w zachodniej Europie. Wiedział, że Niemcy, chcąc wrócić do gospodarczej rozgrywki, muszą grać drużynowo; że Francuzi i Brytyjczycy tracą na znaczeniu i będą musieli szukać siły w europejskiej jedności, która może dać korzyści wszystkim zainteresowanym aktorom. Giedroyc chciał i walczył o to, aby Polska i Europa Środkowa włączyły się do tej wspólnej gry, nie tylko politycznie czy gospodarczo, ale również – intelektualnie oraz kulturowo.
Wróćmy do sprawy Niemiec. Jesienią 1945 roku Giedroyc, który – jeszcze w Rzymie – planuje dopiero działalność Instytutu Literackiego i zbiera pieniądze, wysyła Jerzego Stempowskiego – człowieka łączącego rozmaite kompetencje, znającego języki, orientującego się w myśli politycznej – w podróż po Austrii i Niemczech. Stempowski pisze w tej podróży niesamowity dziennik polityczno-literacki, przenikliwie opowiadający o tym, co dzieje się na terenach niemieckich tuż po klęsce III Rzeszy, jak wygląda polityka aliantów, jaka jest sytuacja i atmosfera społeczna, co myślą i kim są mieszkający tam ludzie, jak odnajdują się w tym kraju wypędzeni z utraconych ziem uciekinierzy. Jednocześnie Stempowski rusza w podróż przez Alpy, aby nawiązać kontakt do diaspory ukraińskiej. Pisze jednocześnie o losie Niemców i Ukraińców. Przygotowuje grunt do trudnego dialogu z sąsiadami. Autor Dziennika podróży do Austrii i Niemiec, wydanego w 1946 roku, stawia sprawę jasno: trzeba rozróżnić wymiar polityczny od etycznego. Niemcy z perspektywy politycznej zostały zniszczone słusznie, ale niszczenie niemieckich miast z etycznego punktu widzenia jest niszczeniem również naszej własnej kultury czy też kultury ogólnoludzkiej. Takie głęboko humanistyczne spojrzenie na kwestię niemiecką było typowe dla późniejszych publikacji „Kultury” – wspomnę tu choćby słynny tekst Józefa Mackiewicza pt. Kompleks niemiecki z 1956 roku, który wzywa do tego, aby odpowiedzią na niemieckie zbrodnie nie było ignorowanie faktu, że ofiary – w tym kobiety i dzieci – są również po stronie Niemiec. Nic – nawet najgorsza zbrodnia – nie może dawać przyzwolenia na zbrodnię. Ludzkim obowiązkiem jest być wrażliwym również wobec obcych ofiar, nie wpadając w pułapkę nienawiści. Co oczywiście wcale nie oznacza relatywizowania winy czy rozmywania odpowiedzialności. Ze smutkiem obserwuję, jak bardzo nie chcą o tym pamiętać ci intelektualiści oraz publicyści, którzy dziś tak chętnie powołują się na Mackiewicza...
W 1984 roku ukazał się – po niemiecku – specjalny numer „Kultury” poświęcony stosunkom polsko-niemieckim. Są tam teksty m. in. Jeleńskiego, Michnika czy Miłosza, ale – oprócz wyboru dziewiętnastowiecznych wierszy niemieckich poetów o Polsce – wśród autorów nie znalazł się żaden Niemiec. Zdałem sobie również sprawę z tego, że wśród kluczowych współpracowników „Kultury” nie było Niemców, a najważniejszym niemieckim kontaktem Giedroycia był przez wiele lat Ukrainiec mieszkający w Berlinie, czyli Bohdan Osadczuk. Dlaczego tak było?
Giedroyc miał idealistyczne przekonanie, że należy dzielić się tym, co drukuje „Kultura”, wydając ważne publikacje również w innych językach. Rzadko się to sprawdzało, bo nie było wystarczającej dystrybucji, więc te – w gruncie rzeczy syzyfowe – próby nie miały większego oddziaływania. Był jednak jeden szalenie istotny wyjątek, czyli opublikowana przez Instytut Literacki po ukraińsku antologia Rozstrzelanego odrodzenia, ułożona przez Jurija Ławrinenkę – ukraińskie wydanie okazało się intelektualnym bestsellerem i fundamentalnym punktem odniesienia dla Ukraińców na całym świecie.
Co do wspomnianego w pytaniu numeru niemieckiego – od dawna mam z nim problem, bo wydaje mi się, że jest po prostu numerem dla Polaków wydanym po niemiecku. Z drugiej strony zaskakujące jest to, jak dużo było w „Kulturze” tekstów tłumaczonych z niemieckiego. Giedroyc był też w kontakcie z kilkoma ważnymi niemieckimi intelektualistami, np. Eugenem Kogonem, z którym konsultował plan na niemiecki numer. Kogon to wyjątkowa postać, wspaniały historyk, antynazistowski opozycjonista, były więzień Buchenwaldu, autor słynnej książki o nazistowskich obozach koncentracyjnych (Państwo SS), uważany za jednego z intelektualnych ojców Niemiec Zachodnich i Zjednoczonej Europy. Trzeba oczywiście wspomnieć o współczesnych niemieckich intelektualistach, którzy nie tylko doskonale znają spuściznę „Kultury”, ale silnie się nią inspirują. Wskazałbym przede wszystkim Marko Martina, który napisał bardzo ważną w ostatnich latach książkę pt. Dissidentisches Denken (tytuł ten przetłumaczyłbym po camusowsku – Myślenie zbuntowane). Są w tej książce portrety bardzo różnych ludzi, a wśród nich również Giedroycia i Zofii Hertz. Marko to niesłychanie ważny głos we współczesnej niemieckiej debacie publicznej, ponieważ ostro krytykuje Zachód za materialno-ekonomiczny kolonializm i ignorancję wobec Europy środkowej i wschodniej, a Niemcom wytyka tendencję do zamykania się we własnym świecie. Innym znawcą paryskiej „Kultury” w Niemczech jest wybitny znawca historii komunizmu Ilko-Sascha Kowalczuk. Nie należy też zapominać o profesorze Matthiasie Bormuthcie, historyku idei. Dzieło „Kultury” odczytywał w ostatnich latach także Wolfgang Templin, były opozycjonista antykomunistyczny w NRD, dziś publicysta, autor znakomitej biografii Józefa Piłsudskiego. Także na wielu uniwersytetach, które zajmują sią Europą Środkową i Wschodnią dzieło Instytutu Literackiego jest znane. „Kultura” jest w Niemczech wciąż żywa właśnie dzięki wielu otwartym na Europę umysłom. Szczególnie wojna w Ukrainie pogłębiła zainteresowanie wschodem Europy, nie tylko relacjami rosyjsko-ukraińskimi, ale także historią dialogu pomiędzy Polakami i Ukraińcami. Giedroyc był protagonistą tego dialogu.
Mimo wszystko wydaje się jednak, że to „Kultura” była bardziej zainteresowana współpracą z niemieckimi środowiskami, niż te środowiska z „Kulturą”. Mówię o tym, bo często w pracy nad „Radarem” odnoszę wrażenie, że to nam, Polakom, bardziej zależy. O ile z ukraińskim środowiskiem literackim pracuje nam się świetnie i doskonale się rozumiemy, o tyle w kontakcie z Niemcami często napotykamy na pewien życzliwy dystans, a nierzadko również – choćby pełne obustronnych dobrych chęci – niezrozumienie.
Mam problem z tym pytaniem, bo zbyt łatwo zakłada ono narodowościowe podziały: to jest polskie, a to niemieckie. Mam wrażenie, że wszyscy marzymy o kosmopolitycznym, europejskim braterstwie, a tymczasem wciąż jesteśmy zanurzeni w naszych wąskich lokalnych dyskursach. Jeśli chodzi o Niemcy, wydaje mi się, że niemiecki dyskurs był w czasach Giedroycia bardzo skupiony na kwestii podziału Niemiec oraz własnych traumach, a także na rozliczaniu się z niemieckich zbrodni. Zawsze jest tak, że dana kultura widzi w innej kulturze przede wszystkim, to, co pasuje do jej własnego obrazka, wybiera to, co sama zna z własnych doświadczeń. Dlatego Niemcy wydawali Miłosza, bo był to dla nich autor antykomunistyczny, a Herling-Grudziński interesował ich jako autor piszący o sowieckich obozach, które przeżyły także miliony Niemców. Ciekawa jest kwestia dyskursu na temat byłych ziem niemieckich. Widzę na przykład u Grassa czy u Lenza, że mimo żywego zainteresowania tą problematyką, istnieje pewna granica zrozumienia – jeśli nie znasz języka, nie jesteś wtopiony w daną kulturę, to widzisz przede wszystkim to, co jest ważne z twojej perspektywy. Cenię Grassa, ale zawsze mam nieodparte wrażenie, że w jego Gdańsku jest więcej Danziga, a za mało Gdańska.
Były oczywiście takie momenty w historii Niemiec, gdzie wypadki historyczne sprawiały, że to, co działo się w Polsce, stawało się dla Niemców – na krótszą czy dłuższą chwilę – ważne. Pierwsze pokolenie po wojnie interesowało się na przykład polską kulturą: literaturą, muzyką, teatrem. Ci ludzie mieli odwagę jechać do Polski, chcieli poznać ten kraj, choć to wcale nie było wtedy takie proste. Potem, w latach osiemdziesiątych, była oczywiście Solidarność, gdzie Polska stała się wzorem kultury hybrydowej, w której można było znaleźć wszystko, a sam kraj wydawał się wypełniony permanentnym fermentem społecznym. Ale to wszystko nie przerodziło się w bardziej długotrwałą fascynację. Myślę, że powód jest bardzo prosty. Niemcy, tak bardzo skupieni na własnych sprawach, nie dostrzegli, że klucza do zjednoczenia nie należy szukać wyłącznie w Waszyngtonie, w Moskwie czy w Paryżu, u mocarstw, bo tym kluczem jest społeczeństwo europejskie, kultura europejska i jedność całej Europy, w tym również to, co się dzieje w Polsce, w Czechach, na Węgrzech. To ogólna rewolucja europejska – polityczna, kulturowa, etyczna – lat osiemdziesiątych dała Niemcom szansę na zjednoczenie. Co oznacza również, że sprawy polskie zawsze miały na Niemcy decydujący wpływ. Problem polega na tym, że w Niemczech nigdy nie było dyskursu, który by to wyraźnie wyartykułował.
Ale niestety działa to też w drugą stronę. O ile bowiem Polacy jeszcze niedawno pamiętali, jak ważna była kwestia niemiecka w kontekście polskiej wolności w roku 1989, o tyle dziś mam nieodparte wrażenie, że wszyscy zapomnieliśmy o tym, dlaczego wtedy tak uparcie dążyliśmy do polsko-niemieckiego pojednania i pracowaliśmy na rzecz porozumienia. To nie była naiwność, ale po prostu twarda polityczna kalkulacja. Interes obu naszych krajów. I szansa na osiągnięcie tego, o czym oba narody marzyły od 200 lat.
Dzisiaj Polska jest głównym tematem niemieckich dyskusji o tym, co i dlaczego Niemcom się nie udaje. Badania PISA – Polacy lepsi. Statystyki przestępczości – Polacy lepsi. Rozwój gospodarczy – Polacy lepsi. Teraz, kiedy skończyłem swoją kadencję w Europejskim Centrum Solidarności i zamieszkałem nad Renem w zachodnich Niemczech, moi współpracownicy często pytają mnie: dlaczego ty przeprowadziłeś się do Niemiec, przecież w Polsce jest lepiej. Jednak to nie zmienia tego, o czym rozmawialiśmy wcześniej. Nie ma w Niemczech głębszej świadomości, że polityczna i kulturowa współpraca z Polską jest tak samo ważna, jak sojusz transatlantycki. Albo że współpracując z Rosją zagrażamy Ukrainie i naszemu sojuszowi z Polską, który jest przecież tak cenny. Co więcej, Niemcy nie wiedzą również, że ich największym partnerem handlowym nie są Chiny ani Stany Zjednoczone, ale – jeśli policzyć ich razem – dwaj wschodni sąsiedzi: Polska i Czechy. Często rozmawiam o tym zarówno z lobbystami wielkiego przemysłu, jak i ludźmi z średniego biznesu – zawsze są zaskoczeni.
Misją Giedroycia było to, aby Polska miała wśród krajów i kultur europejskich własny głos, ale nie nacjonalistyczny czy zamknięty we własnej swoistości. Chodziło o to, aby poszerzać horyzonty. Powiedzieć Francuzom i Niemcom: nie patrzcie na Europę imperialnie, bo w ten sposób skończycie w sojuszu z Rosjanami, który nie przyniesie nam wszystkim niczego dobrego. Ale trzeba było zarazem uświadamiać Polakom, że nie załatwimy niczego sami w Waszyngtonie, bo nie będzie wolnej Polski i wolnej Europy – a w konsekwencji również: pokoju – bez konsolidacji naszego regionu i dobrego polsko-niemieckiego sąsiedztwa. Taka była idealistyczna wizja „Kultury” paryskiej zbudowana na politycznych ideach, ale, jak pokazała historia, bardzo realistyczna, a w efekcie bardzo realna. Ludzi „Kultury” nazwałem kiedyś w jednej z moich publikacji „realistami z wyobraźnią”.
Co będzie w przyszłości rozstrzygać o polsko-niemieckich stosunkach? O czym powinniśmy ze sobą rozmawiać?
Widzimy dzisiaj – zarówno w Polsce, jak i w Niemczech, ale również w innych krajach – rosnącą skłonność do skrajnych politycznych wyborów. Kilka lat temu widziałem badania, które wskazywały, że wyborcy AFD nie kierują się wcale materialnymi pobudkami, bo 95% z nich było zadowolonych ze swojego poziomu życia. To samo zresztą pokazały niedawne badania wyborców Brauna. Nie chodzi więc o wykluczonych, nie jest to kwestia marksistowska. Ludzie są po prostu przerażeni tempem zmian, które chcieliby powstrzymać. Kluczem do przyszłości jest więc to, w jaki sposób patrzymy na świat, jaką mamy wiedzę, na ile jesteśmy wrażliwi, czy potrafimy tworzyć taką kulturę i prowadzić taką politykę, która pomnoży nasz dobrobyt i bezpieczeństwo. Musimy więc działać odważnie, mieć szeroką perspektywę, brać sprawy we własne ręce, zwłaszcza kiedy warunki są trudne. Powinniśmy też konsekwentnie kwestionować wszelkie stereotypy i myślowe uproszczenia, nawet jeśli mamy do nich sentyment. Wyeliminować nienawiść z naszego języka. Trzeba robić wszystko, żeby zapewnić światu pokój.
Giedroyc oraz jego najbliższe otoczenie to byli ludzie, którzy wyszli z wojny. Chcieli, żeby świat był pokojowy i sprawiedliwy. Wierzyli, że sprawiedliwość daje pokój. Rozumieli jedną bardzo ważną rzecz: że świat jest różnorodny i wielokulturowy, że nie będzie nigdy jednej religii, jednej kultury ani jednej wrażliwości. Że trzeba to przyswoić i zrobić z tym coś konstruktywnego.
Nie mam więc prostej odpowiedzi na twoje pytanie. W ostatecznym rozrachunku chodzi bowiem moim zdaniem tylko i aż o to, aby próbować być człowiekiem. „Kultura” dała nam wspaniałą lekcję, jak można się ćwiczyć w tym najprostszym, a zarazem najtrudniejszym z zadań.