PL DE UA

,,Postać bardzo niedzisiejsza''

Anna Arno: Józef Czapski to więcej niż artysta; był zjawiskiem kultury. Szkic o nim Adam Zagajewski zatytułował „Najwyższy człowiek świata”. Takie określenie nawiązuje dosłownie do wzrostu Czapskiego, a zarazem podkreśla duchowe wymiary tej postaci. Spróbujmy przybliżyć sylwetkę Czapskiego komuś, kto słyszy o nim po raz pierwszy. Był malarzem, który również pisał, a może człowiekiem pióra, który radził sobie z pędzlem? Wreszcie, Czapski był świadkiem dwudziestego wieku: przeżył go właściwie w całości: urodził się w Pradze w 1896 roku, zmarł w Maisons-Laffitte w 1993 roku. 

Andrzej Franaszek: Czapski był z jednej strony pobłogosławiony, z drugiej niósł na barkach przekleństwo co najmniej dwóch talentów. Był pisarzem i malarzem, czy też należał do poważnie piszących malarzy. Przede wszystkim stale prowadził dziennik. Stało się to dla niego wręcz podstawową czynnością egzystencjalną. W latach dwudziestych, kiedy studiował na ASP w Krakowie doszedł wręcz do wniosku, że dziennik pożera go, uniemożliwia mu malowanie. Postanowił swoje zapiski zniszczyć, a ponieważ prowadził je w porządnych, może oprawionych w skórę kajetach, które paliłyby się niechętnie, zaplanował, że zrzuci je z mostu, dosłownie zrzuci z siebie balast pisania. Do tego nie doszło; dzienniki wojenne i tak nie przetrwały: jednak poradziły sobie z nimi płomienie – powstania warszawskiego. Później zaś Czapski prowadził zapiski już zawsze, nawet w najcięższych obozowych warunkach, aż do ostatnich chwil życia. Tak więc jego twórczość przebiegała dwutorowo, ale naprzemiennie. Przez kilka tygodni pracował nad artykułem czy esejem i wtedy nie malował. Kiedy indziej z kolei ustawiał martwą naturę albo ruszał w plener i prawie nie odchodził od sztalug. 

Czapski miał też cechę niezwykle rzadką u artystów: potrafił rezygnować z siebie. To nie znaczy, że był aniołem; może wynikało to również z jakiejś słabości, niewystarczającej wiary w siebie, szukania oparcia w grupie. Nie mniej jednak miał w życiu liczne momenty, w których żył głównie dla innych. Pierwszym przykładem jest okres pod koniec I wojny światowej, gdy żył w falansterze religijnym w Piotrogrodzie. Później należał do grupy kapistów, która w 1924 roku wyjechała z Krakowa do Paryża: spędzili tam sześć czy siedem lat, a ten czas Czapski przeżywał nie tyle jako samodzielny malarz, ile raczej jako menadżer czy opiekun tej grupy. Potem, w Armii Andersa Czapski był szefem Biura Propagandy. Kolejne dziesięć lat przepracował najpierw jako szef placówki Armii Andersa w Paryżu, a później jako członek zespołu „Kultury”, którego Giedroyc określał nieraz jako „jałmużnika”, bo zbierał fundusze dla pisma. Używając słów samego malarza: żebrał. Mniej więcej do 1955 czy 1956 roku, a więc przez ponad połowę życia, olbrzymią część swego czasu i sił – Czapski przeznacza na rozmaite zajęcia poświęcone innym. 

Ale chyba jednak on zawsze chciał być malarzem, tak myślał o sobie. Czy dziennik uznałbyś za aktywność literacką, czy raczej podtrzymywanie życia duchowego?

Z pewnością dziennik pełnił tę drugą funkcję. Z punktu widzenia kultury europejskiej Czapski jest ważniejszy jako malarz niż jako pisarz. Poza Na nieludzkiej ziemi i Wspomnieniami starobielskimi jego dorobek eseistyczny nie jest zbyt duży. Czapski koncentruje się na malarstwie, na nim mu najbardziej zależy, ale też względnie łatwo – jak już mówiłem – z malarstwa rezygnuje. Z Dziennika wojennego widać, że Czapski jest prawdziwym szefem biura propagandy i na serio uczestniczy w życiu politycznym wewnątrz armii. W tym samym czasie, w podobnych okolicznościach, przy armii funkcjonuje Józef Jarema, który spokojnie organizuje wystawy i maluje. Czapski z mieszanymi uczuciami wspomina, że bodaj w Bagdadzie Jarema podarował mu skrzynkę z farbami – oceniał to z jednej strony jako gest braterski, próbę podtrzymania na duchu, a z drugiej strony ironiczny, jakby kolega go napominał, że ma się skupić na tym, co naprawdę ważne. Ale Czapskiemu brakuje determinacji, która kazałaby odłożyć wszystko inne i skoncentrować się na własnej twórczości, będzie o tym marzył, pisał, ale tak naprawdę dopiero około sześćdziesiątki mógł się temu wyłącznie poświęcić. Zresztą od tego momentu jego życie stało się monotonne, przynajmniej z punktu widzenia biografa: większość roku w Maisons-Laffitte, wypady do Paryża, malowanie, wyjazdy wakacyjne, najczęściej z siostrą Marią, wernisaże kolejnych wystaw. W gruncie rzeczy to wszystko. 

Czy Czapski jest malarzem spełnionym? Można odnieść wrażenie, że nie był od początku wybitnie utalentowany. Miał wybitne oko, ale nie miał na przykład łatwości rysowania. Także ocena jego malarstwa nie jest jednoznaczna. Z punktu widzenia rozwoju malarstwa nowoczesnego, Czapski może się wydać wtórny, podziwiał i naśladował Bonnarda czy Vuillarda. Miał natomiast nadzwyczajne malarskie oko. 

Czapski z pewnością nie był „genialnym dzieckiem”. Ale tutaj przypominam sobie zwierzenie Czesława Miłosza: „ja nie mam talentu, na tym rzecz polega, nigdy nie miałem talentu”, „tylko pracowitość”. Wbrew pozorom, to stwierdzenie genialnego poety nie jest absurdalne. Może podobnie było z Czapskim, który rzeczywiście był pracowity, zaś apogeum swojej twórczości osiągnął późno. Do tego dochodzą okoliczności historyczne, które składają się na jego szczególną drogę artystyczną. Podczas studiów, w latach spędzonych w Paryżu, może nawet jeszcze w latach trzydziestych, był oceniany jako „dodatek” do bardziej wyrazistych kolegów, takich jak Jan Cybis czy Zygmunt Waliszewski, których zresztą szczerze podziwiał, uważał za swoich mistrzów. Całe dekady były latami terminowania. Pierwsze obrazy, które noszą piętno jego indywidualności powstają pod koniec lat trzydziestych, kiedy mieszka w Józefowie z Ludwikiem Heringiem. Przyjaciel, który miał znacznie skromniejsze niż Czapski pochodzenie, otworzył mu oczy na biedę, nędzę, w szczególności żydowską. Wtedy Czapski namalował choćby pełen zmęczonych pasażerów tramwaj czy Żydówkę w wagonie trzeciej klasy. Było to oczywiście nakierowanie tematyczne, wbrew doktrynie kapistów, która domagała się porzucenia tematu. Obraz miał być konstruowany w oparciu o napięcia kolorystyczne odkrywane przez artystę na płótnie, temat był wręcz zakazany, kojarzył się z Matejką, Malczewskim czy z Vlastimilem Hoffmanem. Tymczasem pod koniec lat trzydziestych Czapski do tematu wraca, to jest początek jego malarskiej odrębności, w kolejnych dekadach będzie szukał swojej drogi, tworząc już jednak, jak sądzę, pewien wyrazisty styl. Ma tendencję do deformacji, groteski – chyba jednak zamierzonej, nie wynikającej z braków warsztatowych. Kiedy tylko chce, Czapski potrafi produkować piękne, quasiholenderskie martwe natury. Masz rację, mówiąc o jego szczególnej zdolności patrzenia i jakby zawieszenia tradycyjnego sądu estetycznego, konwencjonalnego podziału na brzydkie i ładne. Czapski tej konwencji nie respektuje. Fascynują go stare, otyłe kobiety, w swoich obrazach z nich nie szydzi, ale też ich nie przeaniela. Pokazuje zarazem komizm i tragizm ludzkiej egzystencji, zwłaszcza egzystencji ludzi starych, samotnych, dostrzeżonych przez malarza. 

Rzeczywiście, jak mówisz, Czapski ma małe ego, a zarazem poczucie powinności etycznej, które każe mu się angażować w rozmaite sprawy, odciągające go od malarstwa. Z drugiej strony, w swoich tekstach objawia się jako wybitny teoretyk pracy twórczej. Jest surowy wobec siebie, raz po raz siebie upomina, że nie maluje, że za mało pracuje, że mu nie wychodzi. Mówi o „piłowaniu i blasku”, które są metaforą twórczej drogi. W związku z Ludwikiem Heringiem Czapski konfrontował się z kimś, kto uciekał od własnego pisania, latami tkwił w stanie twórczej blokady. Czapski bezskutecznie go namawiał do pracy. Kocha Heringa za to, kim jest, ale jednocześnie mu podpowiada, że nie wystarczy być. 

Czapski był również chrześcijaninem i jest to kwestia zasadnicza dla jego egzystencji. Oczywiście nie jest katolikiem kruchty kościelnej, bigotem, jest człowiekiem wierzącym krytycznie, mierzącym się z niepewnościami, przeżywa różne pokusy czy wręcz dramaty odchodzenia od wiary. Nieraz się „biczuje”, rozliczając z różnych słabości, ale także dlatego, że ma bardzo silny imperatyw pracy. Nie wynika on z ambicji zrobienia kariery; dla Czapskiego artyści, którzy do tego dążą, są wręcz podejrzani. Wzorem dlań są twórcy, będący niewolnikami swojego powołania: pracujący nieustannie, ponoszący porażki, doceniani przez nielicznych, może przez potomność. Dość przypomnieć, że pierwszym artykułem prasowym, który Czapski opublikował, co ciekawsze, po rosyjsku, w piśmie rosyjskich imigrantów, był artykuł o Wyspiańskim. Wyspiański, ale też Paul Cézanne są dla Czapskiego przykładami „niewolników sztuki”. Ten etos pracy łączy się też z życiem religijnym: jest to heroiczne, męczeńskie oddanie siebie; można spalać siebie na ołtarzu ofiary religijnej, poświęcenia dla bliźnich, ale też na ołtarzu sztuki. To naprowadza mnie na myśl, która była mi bliska od początku pracy nad biografią Czapskiego: dotarło do mnie, że jest to postać bardzo niedzisiejsza. Nasze czasy są nastawione na samorealizację, na akceptację samego siebie; najczęściej jesteśmy przekonani, że mamy do dyspozycji jedno, bardzo ograniczone życie tu i teraz, jesteśmy skoncentrowani na potrzebach naszej cielesności. Czapski jest z tej perspektywy bardzo dziewiętnastowieczny, ma inne priorytety: to, co wyrasta poza perspektywę codzienną, jak choćby sztuka czy religijność. Nawet miłość jest przez niego postrzegana w kategoriach proustowskich: jako źródło cierpienia, ale cierpienia pozytywnego, uwznioślającego, wyrywającego z banalnej egzystencji. Lepiej konać z rozpaczy niż żyć jałowym, jakby powiedział Witkacy – „bydlęcym”, życiem. 

A może Czapski w gruncie rzeczy dąży do świętości, jego bycie dla innych wynika nie tyle z charakteru, ile raczej z żarliwej tęsknoty religijnej. Zachwycał się Simone Weil i miał podobną wrażliwość, nieomal tak jak ona, był gotowy opłakiwać cierpienia ludzi i zwierząt na całym świecie. Próbował to jednak pogodzić ze swoją potrzebą spełniania się w malarstwie. 

Na szczęście Czapski nie jest osobowością aż tak radykalną jak Simone Weil. On ją podziwia, ale się z nią kłóci. Weil potępiała przeciętność. Tymczasem Czapski oglądał zdjęcia z pogromu, widział pędzone w śmiertelnym lęku, na wpół nagie kobiety i konstatował, że być może to właśnie są przeciętne osoby, których życie Weil określiłaby jako banalne. Czy mamy prawo tak je określać?  

Czapski był duchowo rozłamany, widać u niego wysiłek duchowy, który można nazwać dążeniem do świętości, czy też do wyższego stopnia życia duchowego. Podobną postawę prezentowało jego rodzeństwo. Kiedy trafił do sowieckiej niewoli, jego siostry martwiły się, jaki będzie to miało wpływ na jego życie duchowe. Jednak obok tych ciągot, Czapski pozostawał człowiekiem silnie zmysłowym. Ta zmysłowość realizowała się w malarstwie, a także w kolejnych relacjach miłosnych. Najpierw wielka, religijna fascynacja Antonim Marylskim, założycielem falansteru w Piotrogrodzie. Potem relacja z Ludwikiem Heringiem i niespełniona, proustowska miłość do Jana Tarnowskiego, za którym Czapski latami uganiał się po Warszawie czy wręcz po świecie. Potem miał liczne związki, w tym również zapewne przelotne kontakty, wszak francuska policja charakteryzowała go jako „notorycznego homoseksualistę”. Ascetyczna świętość, wizerunek „gipsowej figurki” to nie jest typ świętości Czapskiego; to raczej świętość dramatu, zmagań, pożądania, ulegania sobie, pohamowywania pożądania i wyrzutów sumienia. 

Może Czapski przekłada swoją zmysłowość na rodzaj chrześcijańskiej więzi, swój związek, choćby z Heringiem postrzega jako realizację miłości bliźniego? 

Nie, więzi z innymi są dla Czapskiego fundamentalną, najbardziej osobistą potrzebą. Widać to w jego pragnieniu bycia w grupie: najpierw jest to wielodzietna rodzina, później falanster, jeszcze później kapiści, armia, wreszcie mikrośrodowisko „Kultury”: on cały czas jest w zespole.

Właśnie, w zespole, a nie w relacji. Poza dziennikami, nigdzie nie mówi wprost, że erotycznie fascynują go mężczyźni. W jego życiu pojawiły się też przyjaciółki, które wiązały z nim pewne nadzieje, ale homoseksualizm nie jest dla niego jeszcze tematem. 

Przeciwnie, to jest ważny dla niego temat, ale on go prawie nie wypowiada wprost. Być może osobą, która go wtajemniczyła, wyzwoliła z niepewności, z poczucia winy, był Dymitr Fiłosofow, rosyjski emigrant, intelektualista, pisarz, działacz polityczny, który był dla Czapskiego trudnym, surowym mistrzem. Fascynacji erotycznych Czapskiego było dużo: choćby w armii, niektóre z nich pozostawały niespełnione, czy nawet nie zauważone przez tych mężczyzn. Ale być może rzeczywiście dla Czapskiego najlepszym życiowym modelem było pozostawanie w małej grupie, a nie w relacji z jedną osobą, bo taka relacja byłaby zbyt angażująca. Z mikrośrodowiska domowego, choćby „lafickiego”, które zapewniało mu oparcie, mógł się „wypuszczać” w różne strony. 

Powiedzieliśmy już trochę o Czapskim malarzu i pisarzu, o jego dążeniach duchowych i o prywatnych zmaganiach. Powiedzmy jeszcze parę słów o Czapskim, który mimo, czy wręcz wbrew swojej woli stał się świadkiem tragedii dwudziestego wieku. 

Nie wiem, czy rzeczywiście Czapski stał się świadkiem historii wbrew sobie. Wspomnienia starobielskie i Na nieludzkiej ziemi to nie są książki pisane tylko z poczucia obowiązku, wbrew sobie, wbrew swoim ambicjom artystycznym. Oczywiście niezwykle ważne jest dlań, by w tych książkach dać świadectwo prawdzie. Czapski robi to w specyficzny sposób, nie poddając się antyrosyjskim kliszom; widzi upiorny system, ale dostrzega też cierpienie Rosjan. Co jednak najważniejsze, pisząc te wspomnienia, Czapski chce być nie kronikarzem, a pisarzem i za wzór stawia sobie Prousta. Notuje na przykład, że jakiś oset na pustyni przypomniał mu dzieciństwo w Przyłukach i moment, gdy ojciec czytał mu książkę przed snem. Dla niego to jest ważny element konstrukcyjny. Był rozczarowany, gdy redaktor, np. tygodnika „Orzeł Biały” zmuszony dokonać skrótów, wyciął te fragmenty. Autor uważał wtedy, że tekst został wykastrowany z tego, co w nim najważniejsze, a więc z proustowskiej dygresyjności, swobodnego biegu myśli. Czapski napisał też kilka opowiadań, traktował je jako teksty artystyczne, nie pamiętnikarskie. Miał większe ambicje pisarskie niż mogłoby nam się wydawać. 

Czapski ocalał cudem. Jednak chyba nie dręczyło go poczucie „winy ocalonych”. 

Tu bym się nie zgodził. W latach powojennych poczucie zobowiązania wobec tych, którzy zginęli motywowało go do dawania świadectwa o Katyniu. Jak wiadomo, aż do 1990 roku rosyjska  propaganda głosiła, że tej zbrodni dokonali Niemcy. Czapski z trudem doprowadził do ukazania się francuskiego i angielskiego, a znacznie później niemieckiego przekładu Na nieludzkiej ziemi. W powojennej Francji bez powodzenia interweniowali w tej sprawie André Malraux i Albert Camus, bowiem świadectwo Czapskiego nie zgadzało się ze sposobem myślenia większości francuskiego społeczeństwa. Zeznawał w tej sprawie przed komisjami w Niemczech i USA, pisał listy do Ilii Erenburga i Władysława Broniewskiego, na próżno prosząc, by odważyli się powiedzieć prawdę. Naprawdę do końca życia zdarzało mu się myśleć o zamordowanych kolegach, zapisywać w dzienniku słowo „Katyń”. 

Czapskiego nazywa się nieraz „polskim emigrantem”. Może powinniśmy przypomnieć, że polskość Czapskiego nie była oczywista. Miał „Europę w rodzinie” (to tytuł książki jego siostry Marii). Czy potrafisz wskazać moment, w którym Czapski określił się jako Polak?

Czapski przychodzi na świat w pałacu w Pradze, w arystokratycznej rodzinie, z koligacjami w całej Europie. Jest to środowisko arystokratyczne, a więc w oczywisty sposób internacjonalistyczne czy kosmopolityczne. Polskość była podtrzymywana paradoksalnie przez wywodzącą się z austriackiej rodziny matkę, która w młodości postanowiła wyjść za Polaka, ponieważ „Polacy to nieszczęśliwy naród”. Z kolei ojciec jako właściciel dużego majątku musiał jakoś się układać z władzami carskimi. W dzieciństwie Czapskiego polskość jego rodziny była głównie sentymentalna, oparta na lekturach i był to raczej Krasiński niż Mickiewicz. 

Sam Czapski wskazuje przełomowy moment dla swojego związku z polskością. W 1920 roku brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Podczas urlopu z armii przyjechał do Krakowa, a tam poszedł do dentysty. Na stoliku w poczekalni trafił na wyczytany egzemplarz Legendy Młodej Polski  Stanisława Brzozowskiego. Do tej pory uważał, że wielką kulturą jest kultura rosyjska, a wizja Tołstoja czy Dostojewskiego ma profil ponadnarodowy, natomiast to, co wiedział o kulturze polskiej kojarzyło mu się z nacjonalistycznym patriotyzmem, gdzie wszystko sprowadza się do polskości. Dopiero Brzozowski dał mu znak, że kultura polska również jest kulturą najwyższych lotów, której warto się poświęcić. Wydaje mi się, że podobnie jak inne swoje lektury, także Brzozowskiego Czapski czytał fragmentarycznie, wracając do takich fragmentów, które go emocjonalnie angażowały. Później kluczową książką Brzozowskiego będzie dla niego Pamiętnik. Ale odkrycie Legendy to jest właśnie moment, który określał jako swoje „nawrócenie” na polskość. Będzie jej wierny do końca. Czapski podkreślał, że każda idea ma dla niego twarze ludzi; uosabiających wartości, dla których warto żyć. Był oczywiście krytycznym patriotą, bardzo anty-nacjonalistycznym, antyendeckim, choć nie tak radykalnym w sądach jak np. Czesław Miłosz. 

Sporo narosło legend wokół konfliktów w Maisons-Laffitte, w późniejszym okresie mówiono, że pomiędzy parterem, gdzie znajdował się gabinet Giedroycia, a poddaszem Czapskiego nie było relacji dyplomatycznych. Wydaje się jednak, że przynajmniej na początku, Czapski i Giedroyc służyli wspólnej sprawie. 

W pierwszej dekadzie powojennej nie było jeszcze między nimi zasadniczego konfliktu. Czapski mógł zarzucać Giedroyciowi apodyktyczność czy też „nadproduktywność” pomysłów, nieomal histeryczne fabrykowanie kolejnych idei, które Czapski na próżno próbował realizować. W zasadniczym jednak planie ich poglądy się spotykały: był to kierunek antykomunistyczny, antysowiecki, decyzja, by stawiać na Zachód, a zwłaszcza na Amerykę. Wyraźne zaangażowane polityczne na rzecz „Kultury”, również związki z instytucjami wywiadowczymi w Stanach Zjednoczonych, to były świadome działania Czapskiego. W latach 60. czy później – i ścieżki rzeczywiście się rozchodzą, nieraz długo się nie widują, choć mieszkają pod tym samym dachem. Ale na fundamentalnym poziomie – pozostają wobec siebie lojalni.

Na koniec powiedzmy jeszcze trochę o lekturach Czapskiego. Był czytelnikiem namiętnym, ale nie rzucał się na nowości. Z oddaniem wracał do ulubionych lektur, w nich znajdował swoje „złote gwoździe” – myśli, które towarzyszyły mu w jego drodze duchowej. Wśród najbliższych mu pisarzy są Proust i Tołstoj, Gide, Hofmannstahl, ale także dzisiaj już nieco zapomniani diaryści, jak Amiel czy Maine de Biran. 

O wielu lekturach Czapskiego właściwie nic nie wiemy, ponieważ był przede wszystkim czytelnikiem prywatnym. Na przykład Miłosz, jeśli intensywnie czytał jakiegoś autora, poświęcał mu artykuł lub esej. Możemy ten tekst przeczytać, mamy cały wykład Miłosza na ten temat. Dobrym przykładem jest tu Brzozowski. Czapski czytał, podkreślał, cytował w dzienniku, ale właściwie na tym kończył. Tymczasem Miłosz Brzozowskiego przemyślał i zaowocowało to książką Człowiek wśród skorpionów. Z kolei Czapski wybierał jakiś fragment, notował go sobie, czy wręcz uczył się go na pamięć i wracał do niego setki lub tysiące razy. Czytał emocjami, zachwytem. W ogóle był to człowiek, u którego serce wiodło prym, przed rozumem. Jego zachwyt windował drugiego człowieka pod niebiosa, on sam rzucał się w relacje z innymi ludźmi całym sobą. Podobnie jak w relacje z książkami. Fiłosofow go upominał, że w lekturach zaznacza to, z czym się zgadza, a powinien podkreślać sobie to, z czym należy się spierać. Czapski raczej szukał w książkach tego, co go potwierdzało. Był czytelnikiem żarłocznym, zachłannym i bardzo prywatnym. 

Czapski nie wychował malarskich następców. Jest jednak pewna formacja intelektualistów, pisarzy, wychowanych w kręgu „Kultury”. Adam Zagajewski, Wojciech Karpiński, Agnieszka Holland to ludzie, dla których Czapski był mistrzem. 

Jest to krąg „Kultury”, a także, od lat osiemdziesiątych, „Zeszytów Literackich”. Nie wiem, czy Czapski był dla nich mistrzem, przynajmniej w sensie zawodowym. Niewątpliwie fascynowała ich jego niezwykła sylwetka duchowa. Ale także Czapski podziwiał swoich przyjaciół. Pociągała go młodość i było to zapewne podszyte erotyzmem, ale u młodszych o dwa pokolenia przyjaciół szukał też świeżości, bezkompromisowego, odważnego myślenia.  

 

Rozmowa została przeprowadzona 13 sierpnia 2026 roku w Krakowie.