Dziesięć lat temu płynąłem jachtem przez Morze Tyrreńskie. W mojej duszy panował zamęt, na morzu flauta. Wraz z pięcioma kumplami bezskutecznie łapaliśmy wiatr w żagle. Motor pracował non stop, śruba kręciła się i popychała łajbę do przodu. Sunęliśmy po tafli wody, pod czaszą nieba, podziwiając widoki, dyskutując i żartując. Pejzaż włoskiego wybrzeża to pojawiał się, to znikał. Czułem się jak w gigantycznej cieplarni. Nasza podróż nie zawierała w sobie żadnego ryzyka, grozy doświadczaliśmy jedynie w marinach, gdy trzeba było zatankować. Tak, oddawaliśmy się elitarnej rozrywce, choć byliśmy średniozamożni lub średniobiedni (zależnie od punktu odniesienia). Jacht należał do teścia jednego z nas, więc duża część kosztów odpadała – pozostałe dało się podzielić lub pomniejszyć różnymi sztuczkami.
Byłem nieszczęśliwy, bo w moim życiu osobistym doszło do katastrofy – wydawało mi się, że znalazłem się na dnie piekła.
Byłem szczęśliwy, bo świeciło słońce i miałem świetne towarzystwo. Czasem, gdy wyłączaliśmy silnik i zarzucaliśmy kotwicę, skakałem na główkę do szmaragdowej toni i odczuwałem ekstatyczną radość istnienia.
*
Trasa wiodła z Rzymu na Sycylię. Ledwie wyruszyliśmy, Lido di Ostia zredukowało się do supełków na linii horyzontu, te zaś wkrótce uległy samorozwiązaniu. Przed nami zamajaczyły wulkaniczne profile Palmaroli i Zannone. Dopłynęliśmy do Ponzy i zeszliśmy na ląd, żeby zwiedzić miasteczko. Następnego dnia wybraliśmy Ventotene. I tak przez kolejne tygodnie: po całodziennej lub całonocnej podróży przybijaliśmy do innej wyspy. Najpierw cumowaliśmy w marinie, potem, żeby zaoszczędzić, zarzucaliśmy kotwicę kilometr od brzegu. Na ląd należało wyprawiać się na pontonach, około północy wracać na pokład. Kilka razy urwałem się, żeby spać samotnie na plaży. Leżałem pod gwiazdami i czułem jak obmywają mnie naprzemienne fale rozpaczy i zachwytu.
W ten upalny czerwiec 2016 roku trudno było nie myśleć o trwającym kryzysie migracyjnym. Jego symbolem pozostawała Lampedusa – skrawek lądu zamieszkany przez parę tysięcy Włochów, który stał się punktem przesiadkowym dla prawie miliona osób w drodze. I grobem dla wielu z nich. Angażowałem się (emocjonalnie i aktywistycznie) w tragedię tych ludzi, ale dopiero ta konkretna sceneria sprawiła, że zacząłem ją sobie wyobrażać. Widok każdej mijanej isoli przypominał o tamtej wysepce, do której przybijały przeciążone łodzie, gdzie morze wypluwało ubrania, buty, zabawki. Dopiero co przeczytałem Wielki przypływ Jarosława Mikołajewskiego i na idylliczny pejzaż nakładała się niepokojąca przesłona. Ja, nędzarz wśród yachties, którzy zawijali do portów potężnymi maszynami, popijając szampana, czułem się nieskończenie i niezasłużenie bogaty.
W ten upalny czerwiec 2016 roku trudno było myśleć o Lampedusie. Pogoda nas rozpieszczała, poza tym trwało Euro i wszyscy żyli rozgrywkami; drużyny włoska i polska wydostały się z fazy grupowej, miały odpaść dopiero w ćwierćfinałach. Nie musieliśmy się specjalnie oszukiwać, by spędzić miło dwa tygodnie na falach Adriatyku, działo się to mocą immanentnej logiki: pomimo świadomości, że po tych samych falach suną łodzie z ludźmi, którzy wszystko porzucili i jeszcze więcej zaryzykowali, bawiliśmy się dobrze. Inwestycja w eskapadę nakazywała skupiać się na pozytywach. „Wszystko się ułoży”, mówił głos wewnętrzny, który najwidoczniej dokonał już odpowiednich obliczeń. „Na pewno?”, dopytywałem z roztargnieniem, a on odpowiadał sucho i rzeczowo, jak rasowy moralista: „tak – tak”. Oczywiście nic się nie ułożyło. To był dopiero początek. Przez kolejną dekadę mury rosły, patroli granicznych przybywało. Lampedusa stała się modelem – Stary Kontynent zmieniał się w wyspę.
*
Jeden z okupacyjnych esejów Czesława Miłosza otwiera wspomnienie wiejskiej kobiety, która mawiała: „ach, znaleźć się gdzieś na wyspie bezludnej (…) uciec, uciec gdzieś daleko”. Skąd ta fantazja u mieszkanki głębokiej prowincji? „Wyspa – spekuluje poeta – oznacza bezpieczeństwo jej mieszkańców od walk, sporów i wojen pozostałej ludzkości. Ten brak zagrożenia, tak właściwy wszelkiej legendzie o szczęściu, czy to będzie raj biblijny, czy złoty wiek przeniesiony poza historię (...) – jest istotną cechą wyspy, tak jak przedstawia się ona wyobraźni dziecka”. Tak samo dzieje się na „wyspach szczęśliwych” wszystkich epok, w tym na Utopii.
Utopia jest spontanicznie insularna: dąży do lokalizowania ideału i wytyczania granic. Stąd jej upodobanie do zamków, klasztorów, ufortyfikowanych osad i miast. Jasne, zdarza jej się mieć wielki apetyt, chce połknąć cały glob – ale wówczas staje się ogólnikowa, niewyraźna, zagrożona rozpadem. Brakuje jej zewnętrza. Najchętniej więc to zewnętrze odtwarza, kreśląc linię demarkacyjną i chełpiąc się własną doskonałością. Utopia miejsca – by użyć terminów ze znanej klasyfikacji Jerzego Szackiego – jest więc silniejsza od utopii czasu i ponętniejsza od utopii polityki. Opcja „idealny świat tu i teraz” (względnie: za chwilę) ma w sobie coś infantylnie oczywistego i tym skuteczniej mesmeryzuje umysły, im mniej zawiera w sobie melancholijnego „kiedyś” i bałamutnego „wszędzie”. Choć w czasach nowoczesnych podlega ona uczasowieniu – locum idealnego świata staje się przyszłość – zachowuje silny komponent terytorialny.
Pierwsza zatem jest pokusa, by się odgrodzić – zbudować zagrodę, postawić gród, zmienić ugór w ogród. To z niej czerpie soki utopia – ostateczna nagroda rodzaju ludzkiego, który osiąga wiek dojrzały. Na tym gruncie rosną Miasta Słońca i Falanstery. A wyspa – najlepiej zagubiona pośród bezmiaru wód – od razu oferuje odosobnienie. Jej widok sprawia, że jakaś część natury ludzkiej popada w rozmarzenie: a gdyby tak zbudować dom, gdyby pozwolić szczęściu, ażeby zapuściło korzenie? Sprawić, by się rozrosło, niczym drzewo, które chroni rodzinę, klan, wspólnotę? Rozmarzenie zmienia się w głęboki namysł: przecież tu wszystko należy wymyślić od nowa! Po co powielać błędy Robinsona Crusoe, który odtworzył schematy burżuazyjnego społeczeństwa swoich czasów? Otwiera się okazja, by wszystko – od prawa po kuchnię, od architektury po higienę, od ekonomii po miłość – przeprojektować wedle całkiem nowego designu.
To punkt, w którym zawiązują się radykalne projekty polityczne. Tak należy nazwać porządki, które Thomas Moore robi na Utopii albo Francis Bacon na Bensalem, nie mówiąc już o tych zarządzanych w XX wieku przez Herberta George’a Wellsa czy B. F. Skinnera. Należą do nich nieodmiennie: likwidacja własności prywatnej i pieniędzy, rozformowanie rodziny, kontrola urodzeń, nowy model prywatności i intymności. Często towarzyszą im różne formy nadzoru, reintereptacja przeszłości i wymazywanie tradycji, eugenika, (psycho)aktywne kształtowanie świadomości. Idealny świat bywa zatem dość upiorny. Nic dziwnego, że krytyki utopii idą w dwóch kierunkach: jako niemożliwa do zrealizowania okazuje się nieodpowiedzialnym rojeniem, jako realizowalna natomiast staje się niebezpieczna. I niepostrzeżenie przechodzi w dystopię. Czasami jedno trudno odróżnić od drugiego. I tu, i tu pali się książki, manipuluje przekonaniami, piętnuje nieprawomyślność, karze buntowników.
Wyspa ma zniewalający urok, ale w każdej chwili może stać się miejscem zniewolenia. Tę dwuznaczność znała dawna kultura, w której Wyspom Szczęśliwym towarzyszyły jak cień Wyspy Potępienia. Zna ją historia, w której roi się od wysp zesłania i kaźni. Nawet płynąc jachtem, pamiętam, że po drugiej stronie Półwyspu Apenińskiego sterczy z morza Goli Otok – katownia Tity, o której przejmującą książkę napisał Božidar Jezernik (Naga wyspa, 2013). Na tym upiornym kawałku skały mieścił się obóz reedukacyjny, którego regulamin napisały „przejęta od nazistów metodyczność, wzbogacona azjatyckim cwaniactwem i bałkańskim prymitywizmem” (przeł. Joanna Pomorska i Joanna Sławińska). Internowani tu starzy komuniści twierdzili, że w porównaniu z Nagą Wyspą Buchenwald wydawał się „uzdrowiskiem”. Więźniarka, która podczas wojny przeszła przez Ravensbrück i Auschwitz, stwierdziła wręcz: „wszystko to był raj”. Lekcje ciemności, lekcje względności.
Dryf od jasnej do ciemnej strony toposu najlepiej inscenizuje William Golding we Władcy much. Angielscy chłopcy, którzy po katastrofie samolotu trafiają na rajską wyspę, ostatecznie dziczeją, podpalają las i zaczynają na siebie polować. Całe szczęście, w pewnym momencie zjawia się oficer marynarki, mówi „nieźle się zabawiacie” (przeł. Wacław Niepokólczycki) i kładzie kres koszmarowi. Główny bohater, Ralf, wspomina dwóch zabitych przyjaciół i ogarnia wzrokiem przestrzeń: „Na chwilę stanął mu przed oczami przelotny obraz dziwnego czaru, który kiedyś opromieniał tę plażę. Ale teraz wyspa jest spalona, martwa”. Ingerencja żołnierza przerywa ruch, w którym Eden przeobraża się w Inferno, jednocześnie odkrywa podwojenie przestrzeni: pod niebiańską plażą rozciąga się pogorzelisko, pod światłem drzemie cień.
*
Na jachcie nie było nic do roboty, więc sporo czytałem. Pośród książek, które zabrałem w podróż, znalazła się dopiero co wydana powieść Margaret Atwood, Serce umiera ostatnie. Zaliczałem się do fanów trylogii MaddAddam (2003–2013), w której dystopia rodzaju ludzkiego przeradza się w posthumanistyczną utopię. Nie wiedziałem, czego się spodziewać – dostałem to, czego najbardziej potrzebowały moje rozbudzone zmysły: wyspową fantazję, dwuznaczną i chybotliwą, pełną nerwowego światłocienia. Atwood starannie zamazała podział między utopią a dystopią. Udowodniła, że najbardziej szczęśliwi jesteśmy w więzieniu.
I to całkiem dosłownie. Fabuła leci tak: w niedalekiej przyszłości, w Ameryce zmienionej przez krach finansowy w „kupę złomu” (przeł. Małgorzata Maruszkin), trwa walka o przetrwanie. Państwo przestało funkcjonować. Również życie Stana rozsypało się jak domek z kart – teraz mieszka wraz z żoną, Charmaine, w samochodzie, oboje próbują uniknąć napaści wędrownych band, imają się dorywczych, nie zawsze legalnych, zajęć. W tych okolicznościach oferta eksperymentalnego ośrodka o nazwie Consilience musi być kusząca. Ten zamknięty kompleks, trwający pośród chaosu niczym ostatnia enklawa spokoju, otwiera wrota dla wszystkich chcących odmienić swój los. Rzecz w tym, że oferta jest bezterminowa – należy zadeklarować, że zostanie się w tej placówce na zawsze. I oczywiście zawiera różne kruczki.
Przede wszystkim kompleks mieszkalny skrywa Pozytron, czyli ultranowoczesne więzienie. Twórcy systemu uznali, że tylko struktury oparte na przymusie i kontroli mogą przynosić zysk. Problem polegający na tym, że nie wszyscy są przestępcami, udało się obejść. Każdy obywatel cyklicznie zmienia rolę: przez miesiąc żyje jako więzień, przez kolejny jako mieszkaniec idealnego miasta. Jest osadzonym i strażnikiem (lub inną częścią wolnej połowy karceralnego społeczeństwa). Pary współdzielą mieszkania i dlatego nigdy się nie spotykają. Całość pozostaje pod ścisłym nadzorem; wyciągnięto wnioski z eksperymentu Philipa Zimbardo, nie ma mowy o żadnych ekscesach czy nadużyciach władzy. Efekt? Zanik przestępczości, brak bezdomnych, pełne zatrudnienie. Oto utopijny, wyspowy ideał: „całe miasto jest pod szklanym kloszem: można się porozumiewać w jego obrębie, ale nic nie przedostaje się do środka ani na zewnątrz, chyba że przez kontrolowane bramy. Nikt nie jęczy, nikt nie narzeka, nikt nie plotkuje, nikt nie donosi”. Mieszkańcy Consilience zrzekają się wszelkich swobód w imię bezpieczeństwa. Propaganda przekonuje, że to dobry deal, wszak „nie można się najeść tak zwaną wolnością osobistą, a duch człowieczeństwa nie zapłaci rachunków”.
Stan i Charmaine dołączają do projektu. Początkowo wszystko funkcjonuje bez zarzutu, oboje pracują z pełnym zaangażowaniem. On nadzoruje hodowlę kurczaków, ona zajmuje się eutanazją wyrzutków społecznych. Zadają śmierć, nie kwestionując reguł systemu – Stanley Milgram byłby z nich dumny, tak pięknie potwierdzają tezę o podatności na manipulację! Sytuacja komplikuje się dopiero, gdy oboje wikłają się w romanse ze zmiennikami, z których jedno okazuje się Agentką Nadoru… Zarazem układ erotyczny skrywa co innego – spisek mający na celu ujawnienie nadużyć. Przy okazji odsłania się cyniczny (biznesowy) i mroczny (perwersyjny) wymiar przedsięwzięcia: eliminacja nieposłusznych jednostek, handel organami i operacyjne ingerencje w psychikę, wywołujące bezwarunkową podległość. W punkcie dojścia odkrywamy, że wszystko – łącznie ze spontanicznymi romansami – było starannie wyreżyserowane. Emocje to doskonałe narzędzie manipulacji, a fakt, że serce umiera ostatnie, nie stanowi pocieszenia, jak w klasycznych dystopiach. Zawiaduje się nami poprzez miłość i pragnienia. Deklaracja Atwood, że to ostatnia z jej „spekulatywnych fikcji”, wywołuje dyskomfort: czy pisarce nie chce się już snuć podobnych fantazji, czy poza tę ponurą wizję nie sposób wyjść?
*
My też żyjemy pod szklanym kloszem. Europa przypomina „kryształowy pałac” – twierdzi Peter Sloterdijk w książce pod takim tytułem (2005). To przestrzeń dobrobytu, bezpieczeństwa, stabilności i komfortu. Funkcjonuje ona jak system immunologiczny – chroni przed zagrożeniami zewnętrznymi. To jednak odbywa się kosztem kontroli dostępu do Pałacu. Praktykę selekcji maskują wzniosłe hasła równości, otwartości, praw człowieka. Europa prezentuje się jako projekt uniwersalny, faktycznie działając jak klub uprzywilejowanych.
Dwie dekady temu, gdy niemiecki filozof wygłaszał powyższe tezy, wydawało się, że ekskluzywność Pałacu opiera się na kryteriach czysto ekonomicznych. Europa doby postheroicznej unikała ryzyka, wybierała trwanie na marginesie Historii, mierzyła podług stanu konta i zdolności uczestniczenia w teatrze konsumpcji. Od tego czasu wiele się zmieniło: aneksja Krymu, kryzys migracyjny i pełnoskalowa wojna w Ukrainie sprawiły, że na pierwszy plan wysunęły się kryteria polityczne. Granice stały się realne, wyrosły na nich zasieki. Kopuła zaczęła przypominać Iron Dome. Pałac kończy się tam, gdzie sojusznicze systemy wojskowe nie strzegą wspólnego nieba.
*
Gdy dopłynęliśmy do najsłynniejszej wyspy tego akwenu, między nami poczęła krążyć lornetka. W prywatnym dzienniku pokładowym zanotowałem: „Capri: boski kaprys, geologiczny fajerwerk, rów morski wyrzucony w górę, a na nim, na wypiętrzonej rozpadlinie zastygłej w skale, miriady domów, pałaców, rezydencji, raz w typie sans-souci, innym razem w typie bunkra czy twierdzy (czy więzienia), niżej jachty i łódki kolebiące się na falach, a na nich europejska klasa średnia filuje przez lornetki w nadziei, że Naomi Campbell wyjdzie na werandę w bikini albo John Travolta przedefiluje po ogrodzie topless”.
Nowa era polityczna nie oznaczała, że zamierał spektakl kapitału. Przyklejaliśmy (trochę dla zabawy, z prześmiechem, ale jednak) nos do szklanej szyby, która oddzielała nas od prawdziwego luksusu. Byliśmy biedniejsi i od caprejskich celebrytów, i od innych yachties, ale razem z nimi znajdowaliśmy się w „przestrzeni rozpieszczenia”. Tak Sloterdijk nazywa udostępniony mieszkańcom Pałacu zestaw marzeń i celów. Pływanie łódką kapitalnie do niego pasuje. Byliśmy przede wszystkim turystami. Jasne, wewnątrz turysty każdy z nas miał schowanego malutkiego humanistę i orędownika praw obywatelskich, ale przede wszystkim zwiedzaliśmy, pili piwo w miejscowych barach i oglądali mecze. Wieczorami zmienialiśmy się w estetów i sycili widoczkami, ich subtelnym chiaroscuro.
*
Atwood gra znanymi schematami; Stan i Charmaine są trochę jak Romeo i Julia wrzuceni w dystopię, a odrobinę jak Julia i Winston z Roku 1984, tyle że w dobie miękkiego, elastycznego totalitaryzmu. Najbardziej przewrotny manewr to ożywienie estetyki lat 50. Wybrano ją w Consillence, gdyż „w owej dekadzie najwięcej ludzi określało się jako szczęśliwych”. Ten styl obowiązuje we wzronictwie, modzie, kulturze. Na przykład jeśli idzie o muzykę, „nie ma rocka ani hip-hopu. Za to bez ograniczeń dostępne są kwartety smyczkowe, Bing Crosby, Doris Day, Mills Brothers czy ścieżki muzyczne z klasycznych hollywoodzkich musicali”. Moda przenosi się poza kopułę: w Las Vegas roi się od Elvisów i Marylin Monroe (przebierańców i seksbotów). To dekada sprzed rewolucji seksualnej i emancypacji mniejszości. Czyżbyśmy tęsknili do ładu opartego na stłumieniu, wykluczeniu i segregacji?
W tym świecie retro pisarka inscenizuje parę pogrzebów i wesele. Zmieniona w tradwife bohaterka otrzymuje w prezencie ślubnym – rok po ceremonii, gdy zdążyła polubić domek na przedmieściach – informację: nie przeprowadzono żadnych zmian w jej mózgu, wszystkich wyborów dokonała sama. Charmaine odczuwa nawrót paniki. Dobry to prezent, czy zatrute jabłko? Czym jest ta wolność, darem czy przekleństwem?
*
Poza tym istnieją wyspy anarchii! Otoczone oceanem oazy wolności! Wyspy pirackie, naturalne strefy autonomiczne! Najpierwszą z nich jest Pitcairn: samotna skała na Pacyfiku, zasiedlona w 1790 przez zbuntowaną załogę statku Bounty! Która okrutnego kapitana wsadziła na szalupę i odesłała w siną dal, po czym spaliła okręt! Która mieszkała tam z porwanymi Tahitańczykami poza cywilizacją, z dala od Molocha! Po trzech latach picia, gwałtu i mordu ostało się dwóch mężczyzn i jedenaście kobiet! Marynarze znaleźli Biblię i dali początek nowej społeczności, podobnej trochę do katolickiej (potem adwentystycznej) komuny! Pomimo aneksji przez Wielką Brytanię Pitcairn pozostało samorządne! I nic dziwnego, najbliższe lądowisko jest osiemset, a szpital dwa tysiące kilometrów dalej! Każdy spośród kilkudziesięciu mieszkańców pełni wiele ról! Burmistrz jest zarazem Sędzią, a żona – kuzynką! Żyją długo i szczęśliwie, aż złośliwi dziennikarze nagłaśniają sprawę gwałtów na nieletnich! Nie rozumieją, że spółkowanie z dwunastolatkami to element lokalnej kultury, słynna polinezyjska rozwiązłość! Przybyły z Anglii trybunał skazuje sześciu sprawców, czyli połowę populacji mężczyzn! Na wyspie nie ma więzienia, muszą sami je sobie zbudować! W 2006 roku stawiają okazały budynek z boiskiem i siłownią, nareszcie mogą w nim zamieszkać! Odsiadują karę, czyli cieszą się starą dobrą niewolą! Przecież cała wyspa przypomina miejsce zsyłki! Cała jest więzieniem, w którym wzniesiono jeszcze jedno więzienie! Układ Consillence/ Positron, tyle że na świeżym powietrzu!
Można rzecz ująć prościej, jak Maciej Wasielewski w Jutro przypłynie królowa (2013): Pitcairneńczycy przypominają „wielopokoleniową rodzinę zmuszoną żyć w przyciasnym mieszkaniu”. Albo: są „skazani na siebie jak pasażerowie zepsutej windy”. Piekło to inni, zwłaszcza gdy nie ma dokąd uciec.
Kiedy płynę po Morzu Tyrreńskim, gwałciciele kończą odsiadkę, za to burmistrz zostaje skazany za posiadanie pornografii dziecięcej. Koszmar trwa. Wizje, omeny, halucynacje, cuda omijają wyspę. Ekstazy, sny, adoracje, olśnienia płyną w inną stronę.
*
W nocy, po drodze do Cefalù, mijaliśmy Isole Eolie, w tym Stromboli, plującą ogniem podczas mojej wachty. Na to zupełnie zabrakło słów. Opisałem natomiast zmierzch: „Czerwone słońce tonie w morzu: gdy dotyka wody, przypomina grzyb atomowy albo krwistą meduzę leżącą na fali. Po chwili zmienia się w skórkę pomarańczy. A potem nie zostaje z niego nic i nieodwołalnie zapada noc”. Bardzo efekciarski kawałek. Wystarczyłoby powiedzieć, że w tych okolicznościach przyrody zmierzch jest dwapluspiękny!
*
Położenie Włoch sprawiło, że podczas kryzysu wzięły one na siebie (obok Grecji) największe zobowiązania. Ja przybywałem z kraju, którego rząd sabotował program relokacji uchodźców. Jako argumenty podawał kwestie bezpieczeństwa oraz przewidywane trudności w integracji kulturowej. Na prezentację zdjęć mężczyzny spółkującego z krową – fałszywych dowodów na aberracje przychodźców – trzeba poczekać parę lat. O tym, że roznoszą oni „różnego rodzaju pasożyty” dowiemy się jesienią. Ale od dawna czuć niepokój, pomieszany ze starannie reżyserowanym strachem.
Początkiem lipca dobiliśmy do Palermo, o którym akurat było głośno. Burmistrz, Leoluca Orlando – były chadek, członek populistycznej partii Italia dei Valori, ogólnie człowiek nie z mojej bajki – wprowadził tzw. Kartę Palermo. Dokument przyznawał migrantom prawo do swobodnego przemieszczania się i wyboru miejsca życia, nawet jeśli nie spełniali kryteriów określonych na poziomie ogólnokrajowym. Orlando wcielił w życie utopię miasta otwartego i uniwersalnych praw człowieka, umocował ją w szczelinach przepisów prawnych i osadził w lokalnym konkrecie. Można się spierać, jak to wyszło w praktyce, ale spór ten w niczym nie pomniejsza odwagi posunięcia, jego piękna i zamaszystości.
*
Miniona dekada przypomina słynną hybrydę Wittgensteina: widzimy albo kaczkę, albo zająca, zależnie od tego, który skrypt poznawczy uruchomimy. Najpierw narzuca się schemat, że ech-to-jakby-wczoraj, czas leci i nic się nie zmienia, słońce wschodzi na wschodzie i zachodzi na zachodzie, rzeki płyną do morza, a morze nie wzbiera, a jak już jest przypływ, to podnosi wszystkie łodzie. To, powiedzmy, kaczka, ze swoim monotonnym kwa-kwa-kwa. Zając nie mówi nic, patrzymy na jego susy i myślimy: tak wiele się zmieniło, po niebie lata śmiercionośne żelastwo, ludzie kipią z nienawiści, uszczelniliśmy granicę, aż zaczęła nas otaczać. Dokąd uciekł ten zając – nie wiadomo. Przebiegł pod drutem kolczastym i zostawił nas tutaj samych? Zanurkował w norze? Czy powinniśmy podążyć za nim?
Wszystko, co tu piszę, układa się w jeden wzór: to obrona utopii. Nie tej ogólnej, wszechogarniającej, apodyktycznej, lecz tej konkretnej, zlokalizowanej i rozmownej. Dystopia przekonuje, że jesteśmy skazani na to, co jest. Dramatyzuje zmagania z odwiecznym złem paradującym w nowym przebraniu. Jest konserwatywna, dlatego tak pasuje do naszych czasów. Utopia stoi w opozycji do świata aktualnego. Każe nam odwrócić się od przeszłości, by ocalić przyszłość. Reinhart Koselleck przypomina (w Dziejach pojęć), że jej przeciwieństwo to prognostyka. Chodzi o to, by przestać przedłużać istniejące trendy i zaprojektować zerwanie. Choć wiele wskazuje na to, że żelazna kopuła nad nami będzie się umacniać, powinniśmy śnić o innym świecie. Na początek, powiedzmy, o innej Europie. Bardziej przypominającej archipelag, aniżeli wyspę.