Joanna Majewska-Grabowska: Motywem przewodnim tego numeru jest utopijno-dystopijna antynomia, która umożliwia przyjrzenie się ogólnoświatowemu polikryzysowi. To permanentny stan, z jakim zmagają się społeczeństwa i jednostki. W tym kontekście szczególnie istotna wydaje mi się rola literatury, która na różne sposoby może nie tylko je przedstawiać, ale i projektować rozwiązania potencjalne. Dlatego chciałabym cię zapytać o twoją relację z literaturą: jako czytelniczka czego w niej poszukujesz?
Anastasija Lewkowa: Szukam aktywnie jako czytelniczka, ale jednocześnie jako pisarka: tego, o czym sama chciałabym pisać. Piszemy o tym, co chcielibyśmy czytać, a jeśli tego nie znajdujemy, to sami musimy to stworzyć, napisać. Ja lubię i szukam w literaturze psychologizmu. Niuansów ludzkiej psychiki, która ciekawi mnie w najdrobniejszych szczegółach, a przede wszystkim współistnienie tego, co „ciemne”, z tym, co „jasne” w ludzkiej duszy. Dlatego w moich tekstach trudno znaleźć „czarne” lub „białe” charaktery, tę nierozstrzygalną kwestię chcę niuansować, dotykać różnych moralnych dylematów. Bardzo mnie interesuje, szczególnie w czasie kryzysu, sposób, w jaki człowiek dokonuje wyboru, jakie pytania sam sobie stawia. To wydaje mi się ciekawe i takie książki cenię.
JMG: Znajdujesz to częściej w literaturze ukraińskiej czy w zagranicznej?
AL.: Z zagranicznych autorów przychodzą mi teraz do głowy Julian Barnes i Kate Atkinson – oni potrafią znakomicie niuansować. Obecnie czytam jednak więcej ukraińskiej literatury, która jest mi teraz bliższa.
JMG: Kogo na przykład?
AL: Z literatury pięknej podoba mi się to, co znajduję u Artura Dronia oraz Ołeksandra Mycheda, natomiast w obrębie non-fiction bardzo cenię najnowszą książkę mojego męża, Petra Jacenki, który pisze o rosyjskich jeńcach wojennych. Ważnym tematem tej książki jest ludzka psychologia – tyle, że nie nasza. Oprócz tego interesuje mnie feminizm w perspektywie kobiecych wyborów w czasie wojny, szczególnie w kontekście macierzyństwa, emigracji z Ukrainy lub powrotu do kraju.
JMG: Naszą rozmowę zaczęłam od pytanie o to, czego Ty poszukujesz w literaturze, bo mam wrażenie, że obserwujemy renesans utopii i dystopii – zarówno jako całościowych koncepcji świata, ale też w skali motywu tematycznego. Wracają klasycy tego gatunku, George Orwell czy Aldous Huxley. Te tendencje widać również w innych sferach kultury, czego znakiem jest niezwykle popularny serial „Black Mirror”. Być może jest tak, że dystopie są po prostu bliższe naszej rzeczywistości…
AL: To zrozumiałe w naszych czasach. Ludzie starają się dowiedzieć, czego mogą się spodziewać po naszych czasach, chcą je zrozumieć – jakie jest źródło tej kondycji, co takiego jest w człowieku, że doprowadził do wielowymiarowego kryzysu, do opresyjnych politycznych systemów, do kataklizmów… Dokąd to może prowadzić? I jakie jest z tego wyjście?
JMG: Ale może być też tak, że to trochę poprawia nastrój, bo może jednak nie jesteśmy w tak złej sytuacji…
AL: A, że nie jest znowu tak okropnie? Też mi się tak zdarzyło! Kiedy zaczęła się pandemia obejrzałam Epidemię strachu. A właściwie, to zaczęłam oglądać i nie byłam w stanie skończyć. To było trudne doświadczenie: ty tu sobie oglądasz, a na zewnątrz jest podobny koszmar – okropność! Ale z drugiej strony, niedawno widziałam film Ty – Kosmos. W Ukrainie był szeroko dyskutowany. Oglądając go pomyślałam sobie: bywają rzeczy gorsze niż nasza obecna wojna. W Ty – Kosmos pokazana jest sytuacja, w której człowiek zostaje absolutnie sam we wszechświecie – jako jedyna ludzka istota. Wszystko to jest straszne: twojego domu już nie ma, nie ma twojej ziemi – twoja planeta przecież nie istnieje! Dlatego tak, rozumiem ludzi, którzy chcą czytać o czymś gorszym, żeby się przekonać, że u nich nie jest znowu tak źle!
JMG: Skoro w Ukrainie trwa wojna – ta właśnie, dla zachodnich czytelników często będąca dystopijną rzeczywistością – to czy ukraiński czytelnik mimo to odczuwa podobną potrzebę doświadczenia dystopijnego w lekturze?
AL.: Mogę przytoczyć jeszcze jeden przykład. Nagrodą im. Szewczenki uhonorowano książkę Ołeha Krysztopy Radio Afrodyta, o radiu UPA[1]. Jego głównym prowadzącym był Belg Albert Hasenbroekx, który nadawał w kilku językach. To powieść dokumentalna o latach czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku, ale fabuła momentami przeskakuje do współczesności, w tym do obecnej wojny. Kiedy się czyta o tamtych czasach i o tamtych ludziach, to ta odległa perspektywa wydaje się straszniejsza – zupełna beznadzieja wynikająca z osamotnienia Ukrainy. Teraz Europa nas zna, wspiera. A tamta grupa ludzi, która walczyła z systemami nazistowskim i komunistycznym… Przypominam sobie wiersz Iwana Franki: „Nie giąć pleców – w boju twardym. Zdobyć szczęście, jeśli nie sobie, to potomkom w przyszłej dobie”[2]. Oni rozumieli, że dla siebie tej niepodległej Ukrainy nie wywalczą, że działają dla następnych pokoleń, tych obecnych dzisiaj.
JMG: I to też jest w pewnym sensie o nadziei innej szczęśliwej przyszłości…
AL: Tak. Walczyli o to i się udało. Mam jeszcze przykład, który może być interesujący w kontekście Krymu: niedawno napisała do mnie przyjaciółka nadal mieszkająca na półwyspie, że nam współczuje, bo jesteśmy teraz pod nalotami i tak dalej. A ja jej odpowiedziałam: ale przecież u ciebie jest gorzej, jesteś w okupacji! I widzisz: ja współczuję jej, bo mi się wydaje, że życie w warunkach braku wolności jest straszniejsze, a ona współczuje mnie, ponieważ wydaje się jej, że to jeszcze gorzej żyć ciągle pod bombami, w zagrożeniu rakiet i szachedów. Wychodzi na to, że każdemu wydaje się, że po drugiej stronie jest gorzej. Wszystko to jest subiektywne.
JMG: Wracając do leitmotivu naszej rozmowy: czy ukraiński klasyk literatury utopijno-dystopijnej, Wołodymyr Wynnyczenko, autor Słonecznej maszyny, jest odkrywany na nowo?
AL.:Spośród pisarzy tamtego okresu znowu popularny jest Walerian Pidmohylnyj, a Wynnyczenko? Nie powiedziałabym, przypuszczam, że to dlatego, że bliska mu była ideologii komunizmu…
JMG: … a tak, widziałam te dyskusje. Ludzie nie do końca rozumieją, że jego komunistyczne poglądy nie były prorosyjskie…
AL.: … a mimo to z miejsca go osądzają. Natomiast jest to niezwykle interesujący pisarz. Innego pisarza, Wiktora Demontowycza, który współpracował z KGB, i jego biografia nadal ma wiele tajemnic, a też był wspaniałym pisarzem, znowu teraz czytamy! A Wynnyczenki nie.
JMG: Może ponownie stanie się popularny? Wspominam jego książkę dlatego, że kiedy wypowiadał się o niej znany literaturoznawca Rostysław Semkiw, to zwrócił uwagę na skalę trudności stworzenia jakościowej utopii/dystopii – to wymagająca rzecz. Trzeba być sprawnym pisarzem, potrafić poddać analizie społeczeństwo, widzieć jego dalszą przyszłość z perspektywy danego punktu w historii. Wynnyczence się to faktycznie udało; opublikował Słoneczną maszynę w latach dwudziestych XX wieku, prowadząc refleksję nad społeczeństwem, które zaznało gruntownej przemiany… Wróćmy do twojego doświadczenia pisarskiego: czy proces tworzenia utopijno-dystopijnego świata byłby dla ciebie interesujący? Co ten gatunek może oferować piszącym?
AL: O społeczeństwie lubię pisać tak, żeby pojedyncze historie pokazywały społeczeństwo całościowo. Dlatego w Imionach Krymu chciałam przedstawić panoramę. Mam taką ambicję, aby moje powieści, także te jeszcze nienapisane, prezentowały rzeczywistość możliwie rozlegle. A jednak, kiedy opisuję rzeczywistość w ten sposób, koncentruję się na jej pojedynczych zjawiskach czy elementach, natomiast stworzenie utopii lub antyutopii wymaga wzięcia pod lupę całego schematu społeczeństwa i zamiast rekonstruowania go na kartach książki – niejako napełnienia go nowym sensem. Dla mnie to nie byłoby ciekawe, bo takie pisanie traktuję w kategoriach fantastyki, której nie znoszę. Szanuję ją jako gatunek, piszących, czytających, ale to nie jest moje.
Natomiast co taki proces daje pisarzowi? Może być jakoś podobny do poszukiwań czytelników: spojrzenie na procesy społeczne od korzeni, na sposób, w jaki zachodzą albo prognozowanie tych możliwych. Wszystkie te utopie i dystopie tworzono w okresie sprzyjających tendencji. Orwell nie tworzył w próżni, sytuacja polityczno-społeczna w Związku Radzieckim była już wtedy antyutopijnym reżimem. Właściwie wszystkie te utwory są o człowieku, o tym, jaki jest w głębi. Nie umiem jednak tego rozpatrywać poprzez utopię jako gatunek, chętniej korzystam z realizmu.
JMG: A czy jest inny autor, który mógłby napisać dystopię, jaką chciałabyś przeczytać?
AL: Mogę wymienić autorów, których po prostu lubię. Ale to nie fantaści… Gdyby Julian Barnes napisał coś takiego, to chętnie przeczytałabym… byłabym zainteresowana książką Witolda Szabłowskiego albo Mariusza Szczygła … Jednak moi ulubieni autorzy dystopi nie piszą…
JMG: Wspomniałaś kilka ukraińskich książek, w tym o swojej powieści krymskiej, która z pewnością odpowiada na potrzeby dzisiejszej ukraińskiej publiczności, łaknącej zrozumienia swojej historii i refleksji nad dzisiejszymi wydarzeniami oraz ich źródłem.. Czy teraz, podczas wojny, w sytuacji kiedy literatura i kultura biorą udział w walce, ukraińscy pisarze czują się tym zobowiązani? Jakie zadania sobie stawiają?
AL: Moja odpowiedź będzie jednoznacznie twierdząca, choć nie mogę mówić za wszystkich. Czuję się w obowiązku i wielu moich kolegów też. Studiowałam w czasach, gdy za normę uważano, że sztuka nie ma żadnych zobowiązań. Wewnętrznie miałam jednak inne przekonanie, nad którym nie pracowałam, po prostu samo się we mnie zrodziło i istniało (nawet jeśli w latach studenckich starałam się go pozbyć), że pisanie dla ludzi to zajęcie z misją… Może to nawet w jakiś sposób przeszkadza, dlatego że nie zawsze możesz mieć i dać sobie wolność, również artystyczną. To bardzo szeroki temat, można wiele mówić o psychoanalizie, o kwestiach podświadomości. Od małego czułam misję, taką wiesz, edukacyjną. W moich książkach jest mnóstwo przypisów i niektórzy mi to wypominają: po co te przypisy? To wszystko można przecież wygooglować…. Kiedy pisałam Imiona Krymu, to przyświecał mi również cel edukacyjny. Niektórzy pytają, po co wstawiałam tam krymsko-tatarskie słowa i zdania? Oczywiście, że w celu edukacyjnym! Bo przecież może być tak, że ja wiem, ale ktoś drugi już nie, bo kontekst i realia są mu obce, nowe. Z drugiej strony ci, którzy mało wiedzą o Krymie, bo nie wrośli tak w temat, wiedzą coś innego i mogą mi o tym opowiedzieć.
A co do obowiązków i zadań – weźmy nawet to, że ukraińscy pisarze ciągle jeżdżą występować za granicę. To dla nas duży wysiłek, wszyscy zmęczyliśmy się jeżdżeniem – zwłaszcza dalej niż do Polski. Wiesz, te pociągi, samoloty, to zawsze ponad doba w podróży… Ale jeździmy, gdy tylko nas zapraszają – jeździmy, bo trzeba mówić o Ukrainie. To dyplomacja kulturalna.
W kwestii pisania, wydaje mi się, że ważne jest poczucie odpowiedzialności związane z autocenzurą. Na przykład, żeby nie ranić. Część naszego społeczeństwa jest silnie zraniona i dlatego kiedy jako pisarka, czyli osoba publiczna, piszę, na przykład w sieciach społecznościowych, to rozumiem, że czyta mnie wiele osób i boję się napisać coś takiego, co może być raniące.
JMG: To ogromna odpowiedzialność przed społeczeństwem i jednostką. A czy wśród zadań są jakieś tematy, o których czujesz, że „powinniście” teraz pisać?
AL: Moim zdaniem obecnie obserwujemy w Ukrainie bardzo duże rozłamy w społeczeństwie, związane z różnicami doświadczeń. Najbardziej są one widoczne pomiędzy tymi rodzinami, w których ktoś czynnie walczy, a tymi, których członkowie nie biorą udziału w walce zbrojnej; między tymi, z których ktoś zdecydował się na emigrację, i między tymi, których członkowie zostali. Między tymi, których członkowie zginęli, a tymi, spośród których nikt nie umarł. Te podziały widać także między tymi z przyfrontowych albo już okupowanych terytoriów a tymi, którzy pozostają pod okupacją, ale także też tymi, którzy żyją na nieokupowanych terytoriach … I jeszcze tymi, którzy stracili dom i nie mogą wrócić do miejsc swojego dzieciństwa… To otchłań, po prostu otchłań. I sądzę, że jednym z zadań literatury jest zszywanie rozdartego społeczeństwa. Przynajmniej tak to sobie wyobrażam i takie zadanie stawiam, nie wiem jednak, jak widzą to inni pisarze. Zszywać różne kategorie ludzi, żeby budować porozumienie, wspólnotę. I to dlatego tak wiele czasu i uwagi poświęcam reaserchowi: prowadzę z ludźmi wywiady, pytam o to, czego nie wiem, czego nie wie wielka część społeczeństwa. Tak też pytałam Krymczan o Krym, żeby opowiedzieć o nim nie-Krymczanom.
JMG: Kiedy zdecydowałaś, że chcesz pisać o Krymie, najpierw chciałaś pisać reportaże, potem rozmyśliłaś się. Dlaczego?
AL: Mam na to pytanie różne odpowiedzi. Zależnie od poziomu otwartości i tego, na co mogę sobie przy danej publiczności pozwolić. Wydaje mi się – i to będzie najszczersza odpowiedź – że, po prostu lubię pisać o sobie. Chciałam napisać o swojej utraconej relacji romantycznej. Była bardzo neurotyczna i na pewno nie chciałam do niej wracać, ale pomysł jej opisania ciągle chodził mi po głowie. No i jednocześnie myślałam o Krymie. I to się zaczęło w mojej wyobraźni splatać.
No, a oprócz tego, jest też inna odpowiedź, bardziej… intelektualna (śmiech)… ale wcale nie mniej szczera? Może bardziej społecznie oczekiwana: fikcja może pokazać więcej, bo kondensuje doświadczenie. Może uogólnić różne historie, pokazywać wielość.
JMG: W „Imionach Krymu” jest obecna szczególna, chociaż jednocześnie dość rozpowszechniona wizja utopii: wielokulturowość, ale w wersji obiecywanej przez radziecki internacjonalizm; główna bohaterka broni tej wizji tak długo, jak to możliwe. Do poczucia, że „wszystko było dobrze” wciąż niektórzy powracają, mówiąc o Krymie własnego dzieciństwa – lat dziewięćdziesiątych. A rzeczywistość Krymu i współżycie różnych kultur, była przecież inna.
AL: W powieści wspominam książkę The Affirmative Action Empire (Terry Martin). Chodziło mi o to, żeby wykorzystać ukraińskie brzmienie tego tytułu Imperium narodowego wyrównywania. Mój bohater mówi, że: „Rosja była imperium narodowego wyrównywania. A myśmy byli krajem narodowego tumiwisizmu”. Mam z tym od razu takie skojarzenie: wszystko zrównamy z ziemią, zabetonujemy –wszędzie będzie Rosja. Tego problemu dotyczy też wypowiedź innej bohaterki mojej książki – profesorki, etnografki i mamy Włada, która mówi w pewnym momencie, że sądziła, że bez względu na to, skąd kto przybył, na Krymie wszyscy zmienili się w Rosjan. A Utajewa, moja główna bohaterka, odpowiada, że nie jest to dalekie od prawdy. Tak to wyglądało. Była tylko jedna grupa walcząca z takim porządkiem: Tatarzy Krymscy, którzy właśnie z tego powodu byli dyskryminowani.
Wczoraj rozmawiałam z Alimem Alijewem (przedstawiciel współczesnych elit kulturalnych Krymskich Tatarów – red.), że denerwuje nas kiedy ktoś teraz mówi, że za Ukrainy na Krymie „wszystko było dobrze”: były lekcje krymskotatarskiego, wszystko się rozwijało. Niektórzy nawet mówią, że dzięki Ukrainie Tatarzy Krymscy zaczęli wracać do ojczyzny. Ale oni zaczęli już wcześniej – w latach osiemdziesiątych. To wszystko nieprawda! I o tym jest moja książka. Słyszałam wiele reakcji, że po przeczytaniu tej powieści ludzie zrozumieli, że wcale „nie było dobrze”. Chciałam to pokazać, ale nie w celu obwiniania państwa ukraińskiego. Dziś napisałabym o tym nico inaczej, bo mam nowy aparat terminologiczny (wymyślony, w innym kontekście, przez Petra Jacenkę), w świetle którego Ukraina do 2014 roku była pod mentalną okupacją… To znaczy mentalnie Moskale ciągle się tu panoszyli ze swoimi filmami, politykami, podręcznikami i tym wszystkim. Dopiero w 2014 roku zaczęliśmy się wyzwalać z tej okupacji. Dlatego nawet sami względem siebie pozostawaliśmy obojętni – to o tym mówi mój bohater: „kraj narodowego tumiwisizmu”. Nie dbaliśmy ani o siebie, ani – rzecz jasna, o rdzenne narody, ani wspólnoty.
JMG: To, o czym mówisz, jest jednym ze skutków kolonialnej zależności Ukraińców od, najpierw Imperium Rosyjskiego, potem ZSRR. W ukraińskiej literaturze ten temat intensywnie eksploatował dyskurs postkolonialny, analizując i komentując zachowania, a także przekonania społeczeństwa. Jak dziś wygląda stosunek do spuścizny dawnej metropolii – dzisiejszego agresora?
AL: Obecnie, jak sądzę, większość osób reprezentujących kiedyś myślenie kolonialne, występuje z pozycji antykolonialnych – to ta część społeczeństwa, która nie może nawet spojrzeć w stronę tego, co rosyjskie. To jak z alkoholizmem: człowiek który rzucił, nie może sobie pozwolić nawet na kieliszek. Natomiast ci, którzy są mocno ugruntowani w ukraińskiej kulturze, mogą zupełnie z innej perspektywy dyskutować na rosyjskie tematy.
JMG: Osobną kwestią, jest temat wspólnych, publicznych występów Ukraińców i Rosjan…
AL: Tak, żądamy, żeby nie zestawiano nas razem, dlatego że rosyjskie zawsze przesłaniało ukraińskie, dlatego że w Rosjaninie, nawet jeśli to liberał i antyputinista – mimo wszystko zazwyczaj czai się szowinistyczne spojrzenie. Przykład chociażby Sołżenicyna, ale takich jak on jest wielu. W ich świadomości głęboko tkwi idea „starszobractwa”, niestety zakorzeniona również w świadomości zachodnich intelektualistów. W dodatku nie można zrównywać ze sobą kata i ofiary – tu oczywiście zachodzi pytanie, czy ten konkretny rosyjski pisarz jest katem.
Mimo to uważam, że nie możemy zupełnie odrzucać zaproszeń do wspólnych publicznych występów z Rosjanami, że możemy robić wyjątki, ale to bardzo delikatna i trudna kwestia, za każdym razem wymagająca dłuższego namysłu.
JMG: Spotkałam się z opinią, że w historycznym, politycznym czy kulturalnym kontekście to właśnie Ukraińcy powinni mówić o Rosji, ale nie jako ofiary, lecz jako eksperci.
AL: Prawo do wiedzy zazwyczaj było oddane metropolii, i było to nastawienie powszechne, zarówno w wyobrażeniu metropolii, jak i kolonii, ale także tych, którzy byli na zewnątrz. Żyjemy teraz jednak w innym kontekście, „czasy się zmieniły” i to my, była kolonia, powinniśmy przejąć prawo do mówienia, do współtworzenia wiedzy o byłych koloniach i metropolii.
Nasze spojrzenie musi być zaangażowane: jesteśmy ofiarami i świadkami, ale mamy obowiązek mówić nie tylko o sobie. Wyjdziemy z roli ofiar i świadków, jeśli będziemy mówić o Rosji i w kontekście Czeczenii, i Finlandii, i nawet Francji z jej rusofilią. To zadanie przede wszystkim dla naukowców. Trzeba brać udział w konferencjach, sympozjach, panelach dyskusyjnych, uczestniczyć w międzynarodowej debacie, bo nasze spojrzenie może okazać się cenniejsze, bo jest pełniejsze od wszystkich innych. Właśnie dlatego, że jesteśmy i ofiarami, i świadkami, i widzimy wyrządzane przez Rosjan zło z bardzo bliska, a jako intelektualiści poddajemy to doświadczenie analizie. I właśnie z tego powodu chciałabym, żeby Ukraińcy przejęli pierwszeństwo w mówieniu o Rosji. Profesjonalnie, bez emocjonalnej, oceniającej leksyki – fachowo.
JMG: Chciałabym jeszcze na moment wrócić do twojej powieści. Używasz w niej sformułowania, opisującego sytuację dystopijną: „z półwyspu zrobiła się wyspa i dryfowała w nieznanym kierunku”, gdy opisujesz, jak pojawili się Rosjanie-okupanci i zaczęli wprowadzać własne porządki. Jak rozumiesz jednostkowe wybory ludzi, którzy mimo okupacji zdecydowali się na Krymie zostać?
AL: To bardzo trudny wybór, szczególnie dla Tatarów Krymskich, przede wszystkim dlatego, że ich powrót na te ziemie był tak wielkim wysiłkiem, bo byli przecież deportowani, siłą wyrwani ze swoich domów. Pamiętajmy, że deportacja to nie to samo co wyjazd, dlatego że gdy człowiek wyjeżdża, nawet jeśli opuszcza okupowaną przestrzeń, to mimo wszystko ma wybór.
Są to wstrząsające historie o repatriacji; opowiadam o nich trochę w swojej powieści, ale pisze o nich również Lilly Hyde w Dream Land.
Ponadto Tatarzy Krymscy rozumieją, że jest ich niewielu i jeśli teraz porzucą Krym, to na pewno zostanie on oddany na poniewierkę Rosjanom i nigdy już nie będzie ponownie ich ojczyzną. Nie będzie ziemią Tatarów Krymskich, bo i oni znikną, ponieważ się rozproszą. Nie są jak Żydzi, których diaspora jest liczna. Tatarzy zagubią się, rozpłyną i dlatego nie wyjeżdżają. Ich liderzy intelektualni i polityczni z Medżlisu – nawet ci, którzy są już tu na kontynencie, mimo wszystko podkreślają potrzebę pozostania na półwyspie, zwłaszcza tych, którzy jako nieaktywni publicznie są mniej narażeni na represje.
JMG: Myślę, że temat zagrożeń jest nadal niewystarczająco widoczny w zachodnich mediach – to liczne represje: areszty śledcze, więzienie, porwania, nocne przeszukania… to dotyczy przede wszystkim tych, którzy są otwarcie proukraińscy lub sprzeciwiają się okupacyjnej władzy. A pozostaje jeszcze kwestia zacierania tożsamości…
AL: Tak, Rosja stara się zatrzeć wszystko. Tatarzy Krymscy potrafią tworzyć społeczeństwo obywatelskie. Chcą występować przeciwko temu, co im się nie podoba, chcą kultywować swoją odrębność. Dla nich to ważne. A Rosja tego nie znosi, to znaczy dla niej społeczeństwo obywatelskie jest czymś niebezpiecznym. Tatarzy Krymscy to malutki naród. Jeśli nie będą walczyć o swoje prawa, to się rozpuszczą. Rosja niszczy całe ich dziedzictwo – pragnie, żeby zniknęli.
JMG: Na koniec chciałam wrócić do utopii rozumianej nie jako doskonała, a najlepsza możliwa wersja świata. Ten gatunek, który początkowo był rodzajem intelektualnej gry, można rozumieć jako przygotowanie do planowania – projektowania lepszej przyszłości. O czym warto pamiętać wyobrażając sobie taką przyszłość?
AL: To, o co teraz pytasz, w dużej mierze zostało już wcielone w Europie – dzięki prawom dla mniejszości narodowych, ochronie ich języków i kultur – to cultural diversity.
Ostatnio myślałam też o tym, że choć demokracja jest władzą większości, to tak naprawdę istnieje po to, żeby dbać o prawa różnych mniejszości (nie tylko narodowych, również seksualnych), bo większość i tak ma je zapewnione.
Na Krymie, jeszcze za Ukrainy (czyli przed 2014), też podejmowano próby wprowadzenia kulturowej równości, na przykład w ramach projektu trójjęzycznych szkół z rosyjskim, ukraińskim i krymskotatarskim – sondowano grunt, prowadzono badania, analizowano podejście. Powstały pilotażowe szkoły – to znaczy, że włożono w to wysiłek i w przyszłości też tak powinno być.
Oprócz praw mniejszości bardzo ważna jest kwestia społecznej nierówności. To faktycznie poważny problem. Mamy w Ukrainie trudność z rozmową na ten temat, bo ta kwestia kojarzy się z komunizmem. Ale to naprawdę palący temat. Idee kojarzone dzisiaj z lewicowością mają sens, ponieważ poddają refleksji m.in. problem rozwarstwienia ekonomicznego: Dlatego ze względu na szanse poprawy kondycji społeczeństwa jest mi bliższa idea socjalnej Szwecji, niż liberalnej gospodarki Stanów Zjednoczonych.
JMG: Mówiłaś o różnicach dzielących ukraińskie społeczeństwo, ale jest jasne że jeszcze większa przepaść doświadczenia jest między wami, a resztą Europy. Co czytać, żeby lepiej zrozumieć Ukrainę?
AL: Za ważną dla zrozumienia Ukrainy przez obcokrajowców uważam monografię Radomyra Mokryka Kolonizacja kulturalna. Strach, poniżenie, opór Ukrainy w imperium radzieckim. Za bardzo ważną uważam też eseistykę Wołodymyra Jermolenki i Tetiany Oharkowej – Życie na granicy: Ukraina, kultura i wojna. W tych esejach autorzy mówią o kwestiach, o których obcokrajowcy po prostu powinni wiedzieć, dotyczących ukraińskiej kultury i rosyjskiej kultury – tego jakie schematy obie te kultury ujawniają i jak to wpływa na społeczeństwo. Ale pamiętajmy: to dwa osobne społeczeństwa/narody.
[1] Podziemna stacja radiowa należąca do Ukraińskiej Powstańczej Armii, działająca w latach 1943-1945. Wiadomości o walce Ukraińców z reżymami nazistowskim i komunistycznym nadawano w czterech językach: ukraińskim, rosyjskim, angielskim i francuskim. Inne nazwy: Niezależna Ukraina, Wolna Ukraina.
[2] Iwan Franko, Hymn, przeł. Kazimierz Andrzej Jaworski [w:] Iwan Franko, Wybór poezji, oprac. Florian Nieuważny, Wrocław 2008, s. 5.