22 marca 2025
Dożyliśmy końca świata? Tak, końca pewnego świata. Pamiętacie superprodukcje filmowe z Hollywood, różowe Cadillaki z Detroit, amerykańskich Marines w różnych dalekich zakątkach globu? Hard power i soft power, przekonujące świat, że Ameryka jest fajna i warto mieć także u siebie jakąś wersję tej niedoścignionej Ameryki – na naszych oczach to przemija, nie tyle zmiatane wiatrem historii, ile erodujące wskutek jakiegoś znużenia, znudzenia. Ameryka już nie chce się podobać. Czy w ogóle jeszcze czegoś chce, oprócz tego, żeby reszta świata dała jej spokój?
Co zamiast Ameryki? Nie Chiny, bo tym nie zależy na byciu lubianym. Ma być dobrze dla Chin, i tyle. Przez rok przybyło w Warszawie z tuzin salonów sprzedaży chińskich aut, ale nie towarzyszył temu żaden Festiwal Smoka, żadne chyba wydarzenie kulturalne z Kraju Środka. Naszym zadaniem jest tylko kupować ich towary, a chińskie soft power, do diabła z nim. „I tak nas nie zrozumiecie”. Daje się wyczuć takie nastawienie i w jakiś sposób jest ono uczciwe. Pekin (ok, Beijing) woli przepłacić miejscowe elity, w Zimbabwe i w Polsce, tak po cichu, gwoli ekspansji i wyjścia na swoje, i tyle. Żadnych ozdóbek, żadnego mizdrzenia się. Pół wieku temu szykownie było wtrącać do polskiej (czy niemieckiej, etc.) rozmowy angielskie słówka. Nie zauważyłem dzisiaj podobnego snobizmu na słówka chińskie – i coś ten fakt oznacza.
W Ameryce przeżyłem dwanaście lat. Odzyskawszy zatrzymany paszport, wyjechałem tam w 1988 roku na stypendium Fulbrighta. Program Fulbrighta był powojenną inicjatywą USA, polegającą na zjednywaniu sobie młodych elit w różnych zakątkach świata. Ekspozycja na „amerykańskie wartości” miała sprawić, że wyniszczone konfliktami kraje staną się lepsze. Demokracja, swoboda, liberalna gospodarka – i tak dalej. Zdaje się, że administracja Trumpa już te programy wstrzymała albo wstrzyma za chwilę jako zbędne. Wyrzucanie pieniędzy, które przydadzą się bardziej w Ameryce. To gest, który bardzo wiele mówi, bo przecież nie Trump narzucił taki kurs Stanom Zjednoczonym – pomarańczowy prezydent tylko trafnie umiał odczytać nastroje wyborców. Nie tylko republikańskich, bo przecież obecna całkowita bierność i milczenie Demokratów również wiele mówi. Ten Rzym rozpada się na naszych oczach: otępiały, zatruty fast foodem, sfrustrowany swoim nudnym życiem, za które ktoś przecież musi być winny. Na przykład – reszta świata.
Czy chcę powiedzieć, że wkraczamy w nowe średniowiecze, kali-jugę i dni ostatnie? Dawniej by mnie wręcz cieszyła taka perspektywa. Nastoletni, bałem się świata i go nie lubiłem, więc marzyłem po cichu, że cały ten trudny dla mnie obszar pochłonie wielka pożoga, a po niej już spokój. Dziś jednak jakoś mi bardziej zależy na tym, by nikt nam nie podpalał domu i nie wsadzał moich dzieci do więzienia za nieprawomyślne poglądy albo zmianę płci na bardziej zgodną z ich wewnętrznym ładem. Dlatego kiedy Ameryka chowa się do mysiej dziury, a Putinowscy pajace trąbią, że Rosja musi zdobyć Europę albo ją spalić (najlepiej jedno i drugie), zaczynam się zastanawiać, skąd by tu wytrzasnąć broń i amunicję. Niegdyś, w ludowym jeszcze wojsku polskim, nieźle strzelałem z karabinu maszynowego PK i chociaż minęło 39 lat, myślę, że wiedziałbym, co z tym żelastwem zrobić.
Dawno temu powiedziałem Ance i Miłoszowi, że gdyby zobaczyli ogromny grzyb nad centrum Warszawy, mają wsiąść na rowery (broń boże nie w auto) i przez lasy przemieszczać się jak najszybciej na wschód. „A ty?”; „Znajdę was. Aha, i weźcie kota do plecaka”.
26 marca 2025
Dzień rozpęknięty na dwie części. Tę dłuższą, do popołudnia, spędziłem w Kinie Iluzjon, przed sobą mając jednak nie film na ekranie, lecz rząd panelistów. Forum Prawa Autorskiego to ruchoma cykliczna impreza tylko dla zaproszonych. Trochę jak randka psa z kotem, bo przychodzą przedstawiciele Ministerstwa Kultury, Big Techy, organizacje zbierające należne tantiemy, no i my, twórcy. Najwięcej zaś było wynajętych prawników i nic dziwnego, bo ten tort to wiele miliardów złotych rocznie: kasa pobierana za wyświetlone filmy, muzykę w radiu, i na szarym końcu – za książki. Udało mi się wreszcie zmapować ten ekosystem, co nie znaczy, że odkryłem receptę na jego chorobę. W tym celu musiałbym odkryć receptę na ludzką chciwość, oportunizm i bezradność. Najciekawsze było jednak spostrzeżenie, jakie padło parę razy: mianowicie, że technologia mogłaby tu radykalnie poprawić obieg pieniądza, a tym samym dolę artystów, ale nikomu z graczy na tym nie zależy. Brak informacji w real-time, wpisanie do przepisów (tutaj nieistotne do jakich) kaset magnetofonowych i faksów, bez uwzględnienia, że świat dawno się przesiadł na smartfony i tablety, mozolne ręczne ustalanie, komu należy wypłacić i ile…
Czy mamy do czynienia z urzędniczym Gangiem Olsena, czy powierzyliśmy zarządzanie prawami autorskimi jakimś kosmicznym niezgułom? Uważam, że jest inaczej. Technologia zburzyłaby tutaj pewien idealny stan, w którym pieniądze od dużych graczy są zbierane opieszale, długo przetrzymywane później z korzyścią dla pośrednika i ostatecznie wypłacane twórcom – ale netto, po tym, jak już wszyscy pośrednicy na nich skorzystają. Dobry Wojak Szwejk u Haszka twierdził wprawdzie, że „na dworcach kradło się zawsze”, a rozkurz i korupcja są wbudowane w porządek świata, ale i tak przykro patrzeć na to wszystko. Uczestnicy burzliwie się spierali o pewien raport, którego nie znam, bo nie zdążyłem przeczytać, lecz którego tytuł, www.czarnadziura.pl, dla mnie przynajmniej oddaje punkt, w jakim utkwił mecenat polskiej kultury. Czyli również cień szansy dla takich popaprańców jak ja, obecna na sali emerytowana rock-girl Wanda Kwietniewska, jak Krzysztof Zanussi i kapela ludowa z Koźminka – nas, twórców. Nic to – byliśmy z Maxem C. na tym forum, żeby wiedzieć co się dzieje i domagać się zmian w konkretnych przepisach.
A w drugiej cząstce dnia wpadłem do AZ, pogadać o życiu po pięćdziesiątce, o podnoszeniu się (albo nie) z życiowych upadków, o tym, czy zostaliśmy przez życie wyr…ni, czy tylko nam się tak wydaje. To była dobra rozmowa, nawet bardzo, ale niewiele z niej zapisało mi się w pamięci, bo piliśmy dobre wino – biały Riesling – którego AZ miał niestety spory zapas. Nazajutrz będzie czas pomyśleć na spokojnie, jak to jest z tymi klęskami. Myślę jednak, że dopóki mam własny dach nad głową, komplet zębów, z którymi się urodziłem (minus dwie szóstki, ale plus dwa implanty w ich miejsca), jakie takie zdrowie, a do tego dzieci, które nie plują na mój widok, i dopóki jest we mnie chęć, żeby wytknąć łeb z domu i sprawdzić, co tam na mieście – ba, nawet pójść na zwariowane forum prawne w zabytkowym kinie – słowo „klęska” jest tu bardzo na wyrost. Jaka znów klęska, póki my, mimo wszystko i wbrew wielu okolicznościom, ale jednak żyjemy?
28 kwietnia 2025
Miłosz, mój czternastoletni syn, wyszedł rano do szkoły w stroju workowatym. Spodnie – wory khaki, t-shirt luźny, na nim kapturowa bluza hoodie, jakby beżowa. Szkolni rówieśnicy dziwią się tym hip-hopowym kreacjom, wręcz gorszą się. Sami utknęli na etapie spodni-rurek, koszulek polo z wielkim logo i sneakerów za dwa tysiące. Na bogato, na suburbia – taki styl. Nie dla nich hip-hop i getto. Co mi przypomina, że muszę zabrać Miłosza na Bakalarską, na targ azjatycki. Zjemy coś naprawdę azjatyckiego, a przy okazji chłopak zobaczy wieloetniczną Warszawę na żywo. Sam jestem ciekaw tych nowych stron miasta, które przez ćwierć wieku – odkąd tu mieszkam – zmieniło się z takiego większego białoruskiego Mińska w coś dziwnego, żywego, puchnącego, co nawet nazwy jeszcze nie ma. Czyżbym myślał o kolejnej próbie powieści warszawskiej? Może, może. Niby Kuba Żulczyk już to ogarnął, i Arek Kowalik ostatnio, ale miejsca jest dosyć i dla mnie – to „duże miasto”, dzisiejsza Warszawa.
19 maja 2025
Pod Pałacem Kultury lodowaty wiatr i deszcz chłoszczą rzędy budek z dykty i namiotów, w których rozłożyły się coroczne Targi Książki. Ostre podmuchy przewracają kartki wyłożonych na lady tytułów. Kto chce, może w tym się dopatrywać swoistej symboliki. „W czasach dziwnych i wrogich żyliśmy, wspaniałych” zaczyna Czesław Miłosz przedwojenny wiersz o książce. „Gdzież jest miejsce dla ciebie w tym wieku zamętu, książko mądra, spokojna, stopie elementów pogodzonych na wieki spojrzeniem artysty?”. Strofa brzmi dzisiaj staroświecko, bo już wiemy, co będzie się działo, kiedy po niebie zaczną sunąć nowe stada Zeppelinów, lub gdy wybuchnie nowy sygnał kontynentom. Być może ten sygnał znów oto wybucha.
A ja, brnąc przez przedpałacowe błocko, wsiadam chwacko w tramwaj i podjeżdżam na majówkę mojej Unii Literackiej w cudnej przestrzeni okolic MDM. Pod filarami, w grubych murach z dowiezionej swego czasu z gruzów Wrocławia i Szczecina niemieckiej cegły. Są wszyscy, a ja biorę mikrofon i opowiadam o sztucznej inteligencji. Nie teoretycznie, tylko w kontekście zawodów twórczych. Dwa pytania są podstawowe: czy pisarze i wszelkiej maści twórcy mają się odciąć od AI (mission impossible), czy też korzystać z jej zalet? A jeśli to drugie, to jak możemy zarobić na AI trochę grosza? A potem Basia S. robi prelekcję o umownych zapisach, za których pomocą wydawcy robią nas pisarzy w bambuko. (Organizatorzy targów książki zapowiedzieli nawet panel pt. „Kiedy wydawcy przestaną okradać pisarzy” czy jakoś tak, co spowodowało ogólną wrzawę; tytuł zmieniono na poprawniejszy, niesmak pozostał). A potem weseliliśmy się przy winie i ciasteczkach i był to jeden z nielicznych zbiorowych wieczorków, podczas których nie ziewałem ukradkiem w rękaw. Bzdura, powiecie – jakim cudem gromada introwertycznych frików pełnych obolałego ego miałaby się czuć dobrze w gromadzie? A jednak w atmosferze wieczoru czuło się coś odwrotnego: nieśmiałą wspólnotę i, kto wie, może nawet nadzieję, że wspólnie pozmieniamy nasz smętny real na lepsze? Na dworzec kolejki dojazdowej chciałem wracać hulajnogą miejską, ale obładowano mnie kwiatkiem w doniczce i dwiema paczkami ciastek z Lukullusa, toteż znów Uber i znów mrukliwy Kazach za kierownicą, mamroczący „mat’” podczas kolejnych manewrów na mokrej jezdni. A mokro, bo nadal leje zimny deszcz. Żaby się cieszą, my mniej.
Dziś dzień wyborów prezydenckich. Dlaczego na całym świecie ludzie chcą dzisiaj wybierać groźnych klaunów jak z horroru klasy B? Ciekawie pisze o tym w sieci Tomasz Kozak. Obala on pogląd, że prawicowe wybory dzieją się po dyktando „doktrynalnego założenia, że głosowanie na prawicowych populistów to krzyk rozpaczy ludzi straumatyzowanych neoliberalizmem. Dogmat ten wypycha z pola dyskusji hipotezę, że w istotnej mierze jest odwrotnie. Być może nie chodzi o głód, lęk i traumę. Być może poparcie dla prawicy niekoniecznie wynika z deficytu opieki, usług i możliwości – a bywa także wynikiem przekarmienia opieką, usługami i towarami. Chodziłoby zatem o nudę przekarmionych”.
Efektownie brzmi ta Kozacka teza, lecz w jakiś sposób jest moim zdaniem prawdziwa. Wyborcy nie szukają Mesjasza, albo nie tylko Jego. Chcą karnawału. Chcą, żeby coś się wreszcie zaczęło dziać, jakkolwiek pokraczne i fantastyczne – będzie bowiem lepsze od życia od-do. Nie tylko lęk o portfel powoduje, że wyborcy stawiają znak obok ludzi niebezpiecznych, odchylonych, bełkoczących księżycowe hasła. A dalej Kozak pisze jeszcze ciekawiej: „Upolityczniony kapitalizm jest bowiem maszyną do produkcji bodźców (finansowych, ideologicznych, egzystencjalnych), które stymulują i kształtują wyobraźnię wyborców. A wyobraźnia polityczna często funkcjonuje jak libido. Domaga się stymulacji, chce wchodzić w fazę rosnącego pobudzenia, by następnie szczytować w kulminacyjnej fazie kampanii, która ma przynieść satysfakcję w postaci zwycięstwa wyborczego”. Demokracja jako kinky sex? We mnie, twórcy, oprócz zgrozy, taka teza budzi również nadzieję. Bo skoro może być właśnie tak, i skoro podskórnie chodzi w tym wszystkim o zwalczenie nudy świata spod znaku tabelek w Excelu, arcyważna staje się na powrót rola autorów narracji, tkaczy romansu, sułtanów prozatorskiego, poetyckiego i wszelakiego artystycznego swingu. Chcecie stymulacji? Będzie stymulacja, od tego jesteśmy!
Najpierw jednak znudzeni wyborcy osadzą za sterem państwowej nawy kolejnego popaprańca czy szympansa. Dla śmichu, żeby coś się działo. Małpa z brzytwą jako prezydent? Niezależnie od tego, czy zdecydował o tym głos ekonomicznego protestu czy odruch znudzonych mas, wszyscy będziemy musieli żyć z konsekwencjami takiego wyboru. O czym Ameryka przekonuje się już od czterech miesięcy. I tylko jedno jest w tym wszystkim pewne: w samej rzeczy, nie doświadczymy odtąd ani chwili nudy.
19 maja 2025
Wraz ze słoneczkiem wyszły wyborcze wyniki. Sami przegrani: kandydat rządzącej partii: ledwo, ledwo. Kandydat głównej partii opozycyjnej: o jedną trzecią słabiej niż w poprzednich wyborach prezydenckich. Kandydat umiarkowanego alt-right: sporo, ale nie wszedł do drugiej rundy, ugrupowanie musi więc paktować, czekać. Kandydat skrajnej prawicy: całe sześć procent, ogromne, lecz i mikre zarazem sześć procent. Kandydat umiarkowanego postępu i kochajmy się: jeszcze mniej. Lewica w czterech smakach: dla niej tylko okruszki z wafelka wyborczego. I jeszcze, jak zwykle, jakieś ułamki dla egzotycznej stracenicy. Za dwa tygodnie dogrywka.
Tu nie Gwiezdne Wojny, w których wiadomo, gdzie stoją szlachetni rebelianci, a gdzie czyha Imperium Zła. Wszyscy tutaj są trochę dziwni i jakby nie do końca określeni. W osiemnastym wieku mówiło się na taką zbieraninę, że jest „od sasa do lasa” – czyli od proniemieckiego Augusta II Saskiego do profrancuskiego Stasia Leszczyńskiego. Ciekawe, że w tym powiedzonku nie pada jedno ważne słowo, a brzmi ono: Rosja. Jak się to potoczyło dalej z Rzeczpospolitą, to już można wyczytać z podręczników historii. I wcale nie mam zamiaru tutaj przelewać łez nad narodem, który dał się omamić brunatnym wbrew napomnieniom ludzi światłych – tak jak nie będę płakał nad ślepotą warszawskich polityków, którzy nie mają zielonego pojęcia, czego ich wyborcy się boją i czego pragną. Polski biznes, mały i duży, to klasa sama w sobie; polska klasa polityczna to żałość, tam idą najsłabsi. („Jak już ktoś jest za głupi nawet żeby być ministrem edukacji, dają mu resort kultury”). Jak przedtem, co drugi polityk blednie dziś na hasło „burdel na Podkarpaciu” albo „Zatoka Sztuki” (dawny burdel z małolatami w Sopocie). Bo każdy ma coś za uszami, a mocarstwa, jak dwa i trzy stulecia temu, również mają tu swoich ludzi. Warszawa nadal jest stolicą nie tylko naszego państwa, ale i czarnego pieniądza – w końcu gdzieś muszą trafiać w obrót miliardowe lewe fortuny z węgla, ropy, wyłudzeń Vat-owskich. A wpływanie na wyborcze nastroje jest dzisiaj łatwiejsze, dzięki nowym technologiom, niż kiedykolwiek dotąd. Dlaczego czwarte miejsce w tych wyborach zajął Grzegorz, nomen omen, Braun? Bo jego prosty, antyunijny, antyukraiński i antysemicki komunikat nie tylko wskazał, kto jest winien naszej subiektywnej niedoli narodowej, lecz co więcej, z niewiadomego źródła trafił ten przekaz elektroniczną drogą pod strzechy (i eternity, i pod blachę trapezową, i pod chińskie panele słoneczne, coraz liczniejsze na dachach) in real-time, na zasadzie ciągłej kroplówki. Każda pierwsza tura wyborów gromadzi głosy antysystemowego protestu, ale ta wczorajsza ukazała cały system w panicznym odwrocie. Dzieje się wielkie i entuzjastyczne „oranie libków”, przy czym znienawidzonymi liberałami okazują się też ludzie spod sztandarów socjal-konserwatywnego PiS. Rządzący od dekad duopol ucieka więc od rzeczywistości, od wyborców, od problemu. Krzyczy, że to chwilowa aberracja. Aberracja, my ass. Braun czy inny klaun, trwająca od trzydziestu lat formacja władzy abdykuje dziś przed nim na własne życzenie.
Tu śmieszna glosa osobista: Grzegorza Brauna, pozbawionego właśnie europoselskiego immunitetu, poznałem w ostatniej klasie liceum, kiedy był małym chłopcem. Blondynkiem. Akurat przyjaźniłem się z jego siostrą i wpadałem czasami do Braunów na ulicę Pocztową we Wrocławiu. Potem spotykaliśmy się sporadycznie. Pamiętam, że dorobiono mu maskę wariata, kiedy po swojemu, drobiazgowo i nieco maniakalnie tworzył filmy o mafijnym Wrocławiu lat 1990-2000, wywołując z nazwiska lokalnych gangsterów i polityków. Moim zdaniem szedł ciekawymi tropami, chociaż interpretował je po swojemu: he was right for the wrong reasons. Można się kłócić, czy obecne jego, mocno chuligańskie happeningi polityczne – egzorcyzmy z gaśnicą nad świecami chanukowymi w Sejmie, najazd na klinikę położniczą w Oleśnicy – to wykalkulowana taktyka czy objawy autentycznej demencji. Tym niemniej, jak przypominał dzisiaj ktoś w sieci, w tym wszystkim Braun jest jakiś. Rysuje sobą wyrazisty kontur, inna sprawa, że brunatny. A wyrazistych postaci mieliśmy w ostatnich czasach nader niewiele. Jest nieco zmarginalizowany Radek Sikorski, jest zagadkowy koń trojański Giertych, może Tusk, może nieboszczyk Andrzej Lepper? Ludzie, którzy mają w sobie rodzaj magnesu i nawet kiedy straszliwie błądzą, chętnie słuchamy, co mają do powiedzenia. Ale ich całe polityczne otoczenie to mgła, magma, miazga bez kierunku i wyrazu. I w tej mgle i miazdze dzieją się nie od dziś dziwne rzeczy. Łatwo drwić albo cytować starożytnych stoików, trudniej znosić ten stan rzeczy bez nadziei, że może się to rychło zmienić. Niewiele lepiej klasa polityczna wygląda w Stanach Zjednoczonych, w sąsiednich Niemczech, w Czechach. Demokracja parlamentarna dojeżdża do ostatniej stacji? Aż takiej tezy bym nie ryzykował, lecz na pewno w ubiegłą niedzielę historia znowu przestawiła nam jakąś zwrotnicę. Dokąd jedzie ten pociąg? Okaże się to w wyborczej dogrywce 1 czerwca. Konduktorze łaskawy, dowieź nas chociaż do rogatek tej nowej Warszawy.
2 czerwca 2025
Poranek po wyborach prezydenckich, więc sieć pełna gorzkich żalów. Zwyciężył „ten brutal Nawrocki”. Dwa procent różnicy głosów albo i mniej, czyli kolejny znak, że Polska jest podzielona. Bo jest. W dodatku niesie naszą zbiorowość ta sama fala lęku i rozczarowania, która w USA wyniosła do władzy Donalda Trumpa. Ale wszystko to nie powinno być niespodzianką. Co o niesamowitym sukcesie „Chłopek” Joasi Kuciel-Frydryszak myśleli sztabowcy Tuska? Nic nie myśleli – brzmi krótka odpowiedź. Pół miliona sprzedanych egzemplarzy książki o naszych bidnych, wstydliwych korzeniach, nowa duma z tego, że się jest, kim jest i że przodkinie prały bieliznę kijanką w zimnym potoku – wcale to nie dało mądralom od kampanii wyborczej do myślenia? Co więcej, trzydzieści pięć lat ustalonej rzeczywistości politycznej zdążyło już nam skruszeć, nadwątliło się, i co? „Oto czasy nadchodzą nowe”, możemy powtórzyć za Bobem Dylanem. Czy się boję tych nowych czasów? Podobnie jak z AI, więcej jest we mnie ciekawości tego, co nadchodzi, niż obaw.
Plus, cały czas mam w pamięci znaczący dla mojego dzisiejszego nastroju fakt z własnej biografii: w 1986 roku w mundurku ludowego wojska biegałem z kałachem po poligonie w komunistycznej Polsce, wieczorami zmuszany do oglądania czerwonej propagandy w Dzienniku Telewizyjnym. Ale dwa lata później zacząłem studia doktoranckie na Columbii, na górnym wprawdzie, czyli takim gorszym, ale jednak – Manhattanie. Rok później, w 1989, ludowi rebelianci obalali już wschodnioeuropejskie mury i rozstrzeliwali dyktatorów (jednego, konkretnie, bo rumuńskiego zbira Ceaușescu). Dlatego dzień po polskich demokratycznych wyborach po cichu zacieram ręce. Idzie zmiana, hurra. Niech się dzieje. Nawet gdyby miała to być w wielu wymiarach kolejna wspaniała katastrofa.
A poza tym, moja chata z kraja. Tu, gdzie mieszkam, po alejkach w biały dzień chodzą jeże. Biorąc z nich przykład, w razie czego zwinę się w kulkę. Brzydzę się szowinizmem i faszolami jak każdy normalny człowiek. Ale w głowie kołacze mi się wers z pisanego w okolicach wojny polsko-bolszewickiej poematu Brunona Jasieńskiego: „Już dawno, Panie, duch mój gotów / I przyszłość czeka uśmiechnięta. / W rytmicznym chrzęście kulomiotów / Idą czerwone moje święta”. W każdej apokalipsie jest element ekstazy. Sam też lubię ją czuć widząc kolejne końce światów, a skąd tak mam? Z Wrocławiii, panie – że zaciągnę po lwowsku. Z mojego miasta koczowników, założonego na gruzach wzorowej pruskiej metropolii. Tam, chyba przez skórę, jako dzieciak pojąłem, że natura nie zna zagłady i kresu, i że zna jedynie bolesną przemianę. No, to jedźmy, kolego Nawrocki, z tą przemianą. Pokaż, jak się twardo rządzi państwem urodzonych anarchistów.
Powyborczo rozmyślam nad kubkiem wody z octem o "Wojnie polsko-ruskiej" Masłowskiej, gdzie bohaterowie – pokraczni blokersi – mają mnóstwo cech zwierzęcych i niemal żadnych cech ludzkich. To się bardzo wielu spodobało: ta gorsza Polska jako radykalny "Inny". Tyle, że inaczej niż w starożytnych Atenach nasz Inny również ma prawo głosu nad urną, ze wszystkimi tego konsekwencjami. I czy na pewno ten Inny jest aż tak inny, czy tylko się tak drugiej ("naszej, słusznej") stronie wydaje? I czy ci „nasi” nie są taką samą iluzją lub pokracznym konstruktem jak ci Inni z powieści?
[…] Dzisiejszy dzień to scena mojej prywatnej rewolucji, tyle że aksamitnej. Oto po ćwierci wieku w kancelariach i korporacjach zacząłem, na próbę, utrzymywać się z pisania. W Polsce, traktującej twórców zasadniczo z buta, jest to donkiszoteria. Co gorsza, nie pobieram jeszcze żadnej emerytury (choć niektóre młodsze pisarki zwracają się już do mnie per Padre), nie otrzymuję też ministerialnych stypendiów. A tymczasem czternastoletni już dzisiaj Miłosz zażyczył sobie na Dzień Dziecka (!) dostać (!) prawdziwy gramofon, na którym będzie sobie puszczał prawdziwe płyty winylowe. Spory koszt, bo i przyjemność spora, tłumaczy mi moja latorośl. No, synu, jak zaczniemy sobie sprawiać przyjemności, domowy budżet wnet pójdzie w drobne… Całe szczęście, że Anka znów wzięła się za projektowanie bogatych wnętrz dla bogatych klientów, więc na razie wiążemy koniec z końcem.
Jak to jest, nie chodzić na 9:00 do pracy, zapytacie? Wspaniale jest. Polecam. Gdyby jeszcze rachunki za gaz i prąd płacili za nas inni.
9 czerwca 2025
Cisza i spokój: w polityce zastój, na froncie wschodnim Ukrainy bez zmian. Za to w sieci trwa debata, kto jest dziś bardziej skrzywdzony: czy młode kobiety, molestowane, pozbawione prawa do aborcji, wydrwiwane za to, że wolą mieszkać z parą kotów niż z facetem? Czy młodzi mężczyźni, wydrwiwani przez wyemancypowane rówieśniczki, skazani na mimowolny celibat i sieciową pornografię, zarabiający marne grosze i bez szans na posiadanie własnego mieszkania? Istny festiwal nieszczęść. I wcale nie chcę powiedzieć przez to, że to wydumane niedole. Prędzej już, że ta dwupłciowa frustracja odzwierciedla jeszcze bardziej powszechne i przykre poczucie, że cywilizacyjnie i społecznie będzie nam już tylko gorzej. Uwierzyliśmy nie tak dawno, że idziemy po powszechne szczęście – jak z kolorowych obrazków o Ameryce lat pięćdziesiątych, albo jak ze zdobnych fotografiami białych bloków broszurek o zachodnioeuropejskim państwie dobrobytu i socjaldemokracji. A tu: zastój. A tu: erozja systemów opieki. A tu: coraz drożej, zamiast coraz taniej. A tu: prymityw Trump zamyka wyższe uczelnie za brak ideologicznej pokory. A tu: policja niemrawo bije się z przybyszami z Afganistanu i Somalii na ulicach zachodnich miast. A już co się dzieje w Zjednoczonym Królestwie, to się w głowie nie mieści.
Nie ma co drwić, bo naprawdę bywa ciężko. Jestem pokoleniowo z grupy, która stała się zbyt droga płacowo i niewydolna pracowo – jako personel korporacji. Zasadniczo straciliśmy użyteczność po czterdziestce, a od pięćdziesiątki każdy kolejny rok na etacie był darem od Boga. A kiedy raz się wówczas wyleciało z zawodowego obiegu, nie było powrotu. Najgorzej mają ci, którzy całej swojej tożsamości upatrywali w fakcie, że mieszkają sobie w brzuchu wielkiej organizacji, a ta ich nie tylko karmi i odziewa, lecz podpowiada im, kim są. Zasadniczo nie jest to mój problem, bo przez kolejne korporacje przez te trzydzieści zawodowych lat raczej lunatykowałem, zbyt zajęty własnymi myślami i zabawami – takimi jak pisanie – by się przejmować kolejną reorganizacją czy zmianą zarządu. Ale tuż po pandemii, czyli jakieś cztery lata temu, również znalazłem się za burtą wielkiej firmy. A wtedy nastał czas żeglugi kajakiem pod prąd przez gnojówkę. Bo tylko tak można określić samozatrudnienie. Trzeba samemu zdobywać kapryśnych klientów, trzeba mieć zawsze plan awaryjny i plan awaryjny dla planu awaryjnego. Trzeba pilnować budżetu. Można albo chorować, albo jeść. […] I tak to trwało do końca ubiegłego roku, kiedy postanowiłem nie kopać się już więcej z koniem kariery zawodowej i spokojnie zająć się pisaniem.
Pytaniem, które najczęściej słyszą polscy autorzy, jest: „Ale czy z tego da się wyżyć?”. Cóż, znam kilkanaście osób, i to w Polsce, które żyją „z tego” więcej niż przyzwoicie. I znam setkę innych, które tylko i wyłącznie pisząc, prędko umarłyby z głodu. Zasadniczo powinienem więc, patrząc na te statystyki, odpowiedzieć, że nie – nie da się. Na szczęście rzeczywistość jest bardziej złożona. Pisać, to znaczy, oprócz twórczości własnej zajmować się przekładami, redagować, pokazywać się za pieniądze, występować o stypendia i zapomogi twórcze… Jednym słowem, należy niczym pilny szczur uczyć się dróżki przez labirynt. I tu przychodzi z pomocą – zamiast przeszkadzać – wiek dojrzały. Piszę teraz bez większego wysiłku, nie tracę snu przed publicznymi wystąpieniami, znam na wylot fach przekładowy i mogę śmiało (w granicach rozsądku) negocjować stawki.
Nie jest jednak różowo. Autorzy tacy jak ja działają na rynku płytkim, przyzwyczajonym do nadpodaży tekstów, rozdrapywanym pomiędzy koterie i grupy wpływów. Pod względem walk buldogów pod dywanem i intryg dworskich świat kultury niemal się nie różni od kuluarów świata korporacji. Te same mechanizmy, podobne patologie, i tylko kasa relatywnie dużo mniejsza. Toteż, zabawna sprawa, wychodzi na to, że odchodząc z biznesu, wkroczyłem w inny, wielce do pierwszego podobny. Jedyna pozytywna zmiana jest taka, że nie muszę już wypełniać kart godzinowych i poniedziałkowych raportów w stylu „Co udało mi się osiągnąć w ubiegłym tygodniu”.
10 września 2025
Wrzesień zaczął się od rytualnych artykułów w mediach i przemówień na apelach szkolnych – o tym, jak hitlerowskie Stukasy rozdarły ciszę nieba nad międzywojenną Rzeczpospolitą. Początek roku szkolnego „znany, i który zużyto”. Ale potem przyszła noc z 9 na 10 września tego roku, kiedy zza wschodniej granicy wleciały do Polski dwadzieścia trzy drony bojowe. Moskiewska prowokacja, nie żaden przypadek, awaria, czy operatorski kiks w pracy. NATO, w tym nasz kraj, popisało się przy tym, śledząc drony z ziemi i powietrza, a część zestrzeliwując. Cóż z tego, skoro doleciały pod Elbląg, Opoczno i Zamość. Oto ostatni dzwonek alarmowy – po podpaleniach obiektów przemysłu, po uruchomieniu wszystkich internetowych trolli i politycznych agentów wpływu Moskwy.
Jak do tego doszło? Ex-rosyjski politolog Jakowlew ciekawie opisuje trwającą przemianę Matuszki-Rosiji z pragmatycznego gbura w ogra toczącego pianę z pyska. Jeszcze dwadzieścia lat temu Zachód (a my z nim) wierzył, że choć Rosja na wewnętrzny użytek szerzy retorykę imperialną i drapieżną, zbyt jej zależy na sprzedawaniu nam ropy i na wakacjach na Kanarach, by knuć coś niedobrego. Przez ten czas jednak, pisze Jakowlew, imperialne opium dla ludu, niespostrzeżenie stało się oficjalną misją państwa rosyjskiego, z hasłami ponownego podboju dawnej sowieckiej strefy wpływów i pokazania zgniłkom z Zachodu, co Rosja naprawdę potrafi. Żartownisiom głoszącym, że Rosja naprawdę potrafi jedynie w pijanym widzie nasrać Francuzom do fortepianu śmiech zaczął gasnąć na ustach. Zwłaszcza po aktach agresji w Gruzji i po podboju Krymu w 2014 roku. Inwazja sprzed trzech lat na Ukrainę była już tylko krwawą wisienką na torcie. Analogie z dojściem sfrustrowanych mas do władzy w Niemczech pod rządami Hitlera narzucają się same. Gdy jedyną pociechą Rosjan jest wiara, że przynależą do światowego imperium, jedyną również misją staje się udowodnienie reszcie globu, że tak właśnie jest.
[…] Drony naruszające polskie granice to póki co jedynie widowiskowa próba nerwów. Gorzej, że w tym wypadku wróg nie stoi u bram. Przeciwnie, rozgościł się tutaj od dawna, a dziś na prawo i lewo wspiera ekstremistów z prawicy, lewicy i dowolnej formacji, która (świadomie lub nie) pomoże Moskwie robić tutaj dym.
Mamy tę pociechę, że jako zbiorowość od wieków uważamy się za anty-Moskwę, wesołą antytezę ponurego imperium zza Buga. Nie mogą tego o sobie powiedzieć nieszczęśni Ukraińcy, rozdarci pomiędzy chęcią odwrócenia się ku Zachodowi, a własnym odwiecznym zruszczeniem. Jest paradoksem najnowszej historii, że zamiast pieczołowicie dla własnej korzyści hodować tę ukraińską schizofrenię, Putin i jego oprycznicy woleli tupnąć nóżką i zacząć zasypywać Kijów rakietami. Po trzech latach krwawej wojny najbardziej nawet pro-rosyjscy Ukraińcy zaczynają rozumieć, że ich więksi bracia w istocie nie dają im jakiegokolwiek wyboru. Ze strony Moskwy czeka ich jedynie niewolnictwo albo śmierć – ze wskazaniem na tę ostatnią. A nas, co czeka? Czy zbudujemy na granicach szczelny mur i będziemy udawać, że się wilka złego nie boimy? Piłsudski chciał pierścienia państewek buforowych na wschodnich rubieżach, ale jego „idea jagiellońska” sprawdza się dopóty, dopóki pierwsze z tych państewek (i państw, jak dzisiaj Ukraina) nie padnie z hukiem, rozjechane tankami z gwiazdą na wieżyczce. Lepsza to jednak wizja niż rojenia Dmowskiego o pan-słowiańskim sojuszu, za którego sprawą wraz ze wschodnim bratem my, Polacy, pokonamy niemieckiego zaborcę. Nie pojmował, że to wymarzone słowiańskie braterstwo to dla Polski sojusz gołej dupy z batem. Czy raczej z nahajką.
Czy tamte wizje polityczne sprzed stu lat są dzisiaj coś warte? Podoba mi się idea rozszerzania strefy wolności na wschodzie, chociaż nie sposób przegapić faktu, że kraje będące „pomiędzy” próbują nieustannie rozgrywać potężniejszych sąsiadów, na zasadzie „temu dała, tamtemu dała” (albo wzięła) – na własną zgubę. (Znów kazus Ukrainy). Czuję też pewną sympatię dla idei, by żądać od Niemiec partnerstwa, zwłaszcza dzisiaj, kiedy Polska przestała być obsranym kurnikiem Europy. Partnerstwa, a nie zwierzchności i kolonizacji. Co najzabawniejsze, jest sfera, gdzie obie idee, od Piłsudskiego i od Dmowskiego, złączyły się niespodziewanie. Mówię o dawnych Niemczech Wschodnich, czyli jeszcze dawniejszych Prusach. To ziemia opuszczona, podtrzymywana kroplówką gospodarczą z frankfurckich banków, ubożejąca i tracąca ludność. Jednym słowem, buforowe państewko satelickie, chroniące Polskę przed potężnym adwersarzem. Tyle że położone na zachodnich rubieżach Polski, nie na wschodnich. Pustynna resztówka po Prusach i ich wojowniczej tradycji, mająca za sąsiada monoetniczną, prężną gospodarczo, ucyfrowioną nową Polskę. Historia płata czasem takie figle.