Kraków
Miniatury
Przekład: Elżbieta Jeleń
I.
Pierwsza rzecz, którą robię natychmiast po przyjeździe do Krakowa, to odstawiam walizkę na placu dworcowym i kupuję na stoisku dwa obwarzanki, jeden z makiem, a drugi z sezamem. Wręczam sprzedawczyni za dużo pieniędzy. Kiedy chce mi wydać resztę, macham lekceważąco ręką i odchodzę od osłupiałej straganiarki. Cieszę się, że po nieskończenie długiej podróży pociągiem nareszcie tu dotarłem i jestem w nastroju napiwkowym. Ciągnąc za sobą walizkę, pogryzam obwarzanki, po jednym kęsie z makiem i jednym z sezamem i znów z sezamem i z makiem. Z zadowoleniem przeżuwam w rytm kroków, zęby mielą: Krak-ków, Kra-ków.
Taksówkarz ma okulary lustrzanki i kowbojską koszulę. Zamaszyście wrzuca moją walizkę do bagażnika, rusza z miejsca, przyspiesza, hamuje, przyspiesza, hamuje. Przy zmianie pasów ruchu, wpycha się w kolejkę czekających samochodów. Nikt nie trąbi, to on jest panem i władcą Alei Słowackiego, Mickiewicza, Krasińskiego. Usiłuję zapamiętać nazwy ulic, co jest zupełnie bezsensowne, bo i tak nigdy nie zdołam ich właściwie wypowiedzieć. Nie zapiąłem pasów na dowód mojej pogardy dla śmierci, ale władca nie zwraca na mnie uwagi. Po nieufnym spojrzeniu zza ciemnych szkieł i nieokreślonym skinięciu głową, gdzieś, między kilkupasmową obwodnicą wokół centrum miasta a wąską ulicą, w którą po chwili skręcamy, grzęźnie moja próba konwersacji. Władca nie ma ochoty na rozmowę ze mną. A może jego angielski jest jeszcze gorszy niż mój? To w każdym razie nieco pocieszająca wersja. Opuszczamy centrum miasta, przejeżdżamy przez rzeczkę, dopływ Wisły, jak sądzę i coraz bardziej oddalamy się od śródmieścia. Kiedy mówię okey, bo dojechaliśmy na miejsce, patrzy na mnie pytająco.
Tu nic nie ma. Mówi. Żadnego hotelu, nic.
Jest. Odpowiadam.
Tylko restauracja – twierdzi - poza tym nic nie ma.
Dobrze. Kwituję.
Faktura? Pyta z niechęcią.
Bezradnie wzruszam ramionami. Macha ręką, bierze ode mnie zmięty banknot i zostawia mnie na pastwę nocy.
II.
Budzi mnie monotonne gruchanie gołębia siniaka. Po chwili docierają odgłosy pobliskiej ulicy: hałas samochodów, pisk hamulców, syrena policyjna, która tutaj brzmi zupełnie inaczej niż w domu, można by powiedzieć, że po amerykańsku, melodyjnie, dźwięk nabrzmiewa i cichnie. Chociaż może to jest karetka pogotowia.
Moje okno wychodzi na park, a za parkiem znajduje się ruchliwa ulica, prowadząca na lotnisko. W konarach wysokich drzew odkrywam gniazda wron. Jedno z drzew, kasztanowiec, wyciąga ramiona tak blisko, że przez otwarte okno mógłbym je dotknąć.
Powiew wiatru porusza konarami i gałązkami, strąca liście jak małe ściereczki, przynosi do pokoju kawałki kory i zasuszony, zeszłoroczny liść. Z suchym liściem wkracza czarno-czerwony żuk. Syrena cichnie, niknie w odgłosach miasta, siadam przy biurku i zapisuję w notatniku; dwa kawałeczki kory, czarno-czerwony żuk, zaschnięty, zeszłoroczny liść kasztanowca.
X.
Dziś przed południem w sklepie z gazetami obok kościoła Mariackiego spotkałem dramatopisarza, którego poznałem w Berlinie. Poszliśmy do Dymu, niedaleko Rynku i zamówiliśmy wódkę żołądkową z lodem i cytryną. Dramatopisarz właśnie przyjechał do Krakowa i był dość przejęty. Wie pan co? Powiedział. To miasto mnie przyprawia o obłęd.
Wszystko, powiedział, o czym tu pomyślę, jest w jakiś sposób egzystencjalne. Jutro zaproszono mnie na urodziny znanej aktorki z Teatru Słowackiego, a przed chwilą piłem herbatę ze sławnym poetą ukraińskim. Tu wszystko jest tak szalenie słowianofilskie, no wie pan, o co chodzi, różne odcienie wschodu, religia i krew, obfite, mięsne posiłki i ten cały beznadziejny dwudziesty wiek – zdołałem tylko zobaczyć z okien taksówki wielki drewniany krzyż z mosiężną tabliczką: Katyń, a poza tym nie widziałem niczego. No, ale niech pan poczeka, muszę wytrzeźwieć, zanim wyjadę.
A dokąd pan jedzie? Zapytałem.
Och, powiedział, muszę jeszcze zobaczyć całą dawną Galicję; Lwów i Brody i Czerniowce, Bukowinę, mój Boże, już sam dźwięk tych słów mnie upija.
Potem spoważniał i pochylił się nad stołem w moją stronę. Wszystko, wyszeptał, co do tej pory zanotowałem, jest niewypowiedzianie banalne. Nie mam pojęcia, o czym mam tutaj pisać.
Kraków. Miniatury
Jacob Jörg [autor]
JÖRG JACOB (1964, Niemcy) – z zawodu jest tapicerem. Pracował również przez pewien czas przy taśmie produkcyjnej, jako kelner, pielęgniarz i współpracownik artystyczno-kulturalnego warsztatu spotkań. Maturę zdał w liceum wieczorowym a następnie podjął studia w Niemieckim Instytucie Literatury w Lipsku (DLL). Publikował w znamienitych antologiach i czasopismach, debiutował zaś w 2006 roku powieścią Das Veneta-Riff. Jacob otrzymał różne nagrody i stypendia, m.in. Nagrodę Gellert za jego debiut powieściowy. Stypendysta programu Homines Urbani w roku 2006. fot. Juliane HendrichPowiązane artykuły:
Śniadanie z Balzakiem
behind this renovated Art Noveau Facade, the central Hotel George is the epitome of faced grandeur with creaky wooden floors and scuffel carpets alongside high ceilings, an elegant staircase and stained-glass windows. If you`re actor Ewan Mc Gregor they might even let you park your motorbike in the lobby.(Lonely planet)
Szła powoli przez prospekt Swobody i wyglądała na zagubioną, jakby nagle wyrwaną ze snu, który przeniósł ją do nieznanej rzeczywistości. Tuż przed Operą skręciła w prawo w stronę kawiarni. Kelner powitał ją szerokim uśmiechem, ale nie zwracała na niego uwagi.