Prezentowany tekst jest fragmentem książki pisanej przez autora. Jest to socrealistyczna powieść drogi. Ma ona charakter non-fiction, opowiada o eksperymentalnej podróży autostopem z Polski na dawny poligon atomowy pod Semipałatyńskiem w Kazachstanie, którą autor niegdyś odbył. Opisane poniżej ontologiczne peregrynacje wydarzyły się naprawdę.
I
Do Aralska przyjechałem autostopem. Zajęło mi to dwanaście dni. Wysiadłem na piaszczystym placu przed przejazdem kolejowym, a kierowca pojechał dalej w stronę Ałmaty. Powietrze pachniało wilgocią. Kałuże parowały, a stosy betonowych płyt leżały nieruchomo. Dalej widać było zaśmiecony staw. Pomyślałem, że to dobre miejsce na komunizm.
Poszedłem w stronę morza. Wszędzie stały wielkie kałuże – widocznie nocą przeszła ulewa. Parterowe domy były pomalowane na biało, ze ścian odpadał tynk. Płoty zaś malowano na błękit. To kolor morza, nieba i kazachskiej flagi. W ten sposób dbano o piękno. Ale nie wszyscy mieli siłę – często widać było gołą blachę albo stare, chwiejące się deski. Chodniki nie istniały, wzdłuż opłotków ciągnęły się szerokie, piaszczyste pobocza. Stawiano tam żółte tablice, na których czerwonymi literami wypisywano po kazachsku jakieś hasła. Nie rozumiałem ich, ale wyobrażałem sobie, że dotyczą komunizmu i braterstwa, bo były czerwone jak ludzka krew. Bramy w bogatych domach ozdabiano motywami morskimi – kotwicami albo rybami z żelaza. Pomyślałem, że morze musi być blisko. Jeszcze chwila i mój wzrok utonie w rozciągającej się po horyzont tafli wody.
W centrum stały dwupiętrowe, stalinowskie kamieniczki. Ich biel kontrastowała z błotnistymi kałużami rozlanymi na poboczach. Ceglane kominy były osmalone sadzą i wyszczerbione przez prawa fizyki. Pnie rachitycznych drzew, którym brakowało substancji istnienia, też pomalowano na biało.
Minąłem betonową bryłę hotelu Aral – i stanąłem na brzegu morza.
Ale morza nie było. W dole ciągnęła się martwa pustynia. Nie było widać jej końca.
Zszedłem na dno, chcąc upewnić się, że to nie kontrrewolucyjna halucynacja. W błotnistej ziemi zalegały muszelki, a w zagłębieniach stały bajora – były to ślady po ulewie, a nie woda morska. Pasące się wokół krowy zjadały wzmocnione deszczem rośliny. W piasku tkwiły nieżywe łodzie. Wyglądały jak żuki, które przewróciły się na plecy, bezradnie machały nogami, aż wyczerpały się im siły i umarły. Dalej rozciągał się martwy port. Na rozsypujących się betonowych nabrzeżach stały wielkie dźwigi. Ich przerdzewiałe ramiona bezradnie zwisały nad ruinami i powszechną pustką.
Ścisnęło mi się serce. Poczułem, że zamiast krwi żyłami popłynęło powietrze. W ciele rozlała się próżnia, jakby wypełnił mnie niebyt.
Kiedyś było tu morze. Formalnie jezioro, ale ze względu na ogrom i zasolenie nazywano je morzem. Było potężne i piękne. Błękitny przestwór we wnętrzu pustyni, trzecie największe jezioro na świecie. W wodę zaopatrywały go dwie duże rzeki: Amu-daria i Syr-daria. Niosły słodkie wody z głębi stepu, z gór Pamiru i Tienszanu. Partia uznała jednak, że rzeki płyną na próżno, bo na końcu giną w słonym akwenie, nie służąc roślinom i człowiekowi. Lud ZSRR potrzebował bawełny, z której mógłby szyć ubrania. Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego postanowiła, że rzeki trzeba uświadomić ideologicznie i sprawić, by pracowały na rzecz państwa. Ich nurty należy skierować na pola bawełniane, żeby napoić życie roślin. Niech pustynia pokryje się białymi kokonami włókien, niech rosną uprawy bawełny w republikach Uzbekistanu i Turkmenistanu.
Wybudowano sieć kanałów i skierowano uświadomioną wodę na pola. Pustynia rozkwitła, a ludzie poczuli szczęście i sens istnienia. Do morza docierały tylko skąpe resztki. Komitet Centralny wierzył jednak, że morze obroni się bez wody. Jest ogromne, silne i mężne. Ciągnie się daleko za horyzont i potrafi wywołać sztormy. Nie da się pokonać słońcu i suszy.
Ale Morze Aralskie zaczęło się cofać. Znikało, wysychało, kurczyło się.
A potem umarło.
Ludzie mnie ostrzegali. Mówili, że nie ma już morza, zamieniło się w pustynię, została tylko marna namiastka. Nie chciałem im wierzyć. Myślałem, że to wroga dezinformacja, sianie zamętu, antyradziecka propaganda.
Morza jednak nie było.
Zdruzgotany wszedłem z powrotem na nabrzeże i skierowałem się na główny plac. Pomyślałem, że muszą się tam gromadzić ludzie zatrwożeni zniknięciem morza. Przychodzą dzień w dzień i naradzają się kolektywnie, jak przewrócić je do życia.
Plac był przystrojony kolorowymi chorągwiami, a na budynkach zawieszono propagandowe hasła. Nikogo jednak nie było, nawet Lenina z marmuru. Chorągwie wskazywały jednak, że Aralsk szykował się na jakieś wydarzenie. Chcąc upewnić się o co chodzi, zapytałem przechodnia w czapeczce, czy planowany jest wiec w sprawie przywrócenia morza:
– Nie, wieczorem odbędzie się impreza z okazji Dnia Konstytucji.
Konstytucja nie ma sensu bez morza, tłumaczyłem sobie. Postulat powrotu morza powinien znaleźć się na pierwszej stronie konstytucji. Na pewno zjawię się tu wieczorem.
Obok placu znajdował się pomnik listu Lenina do rybaków Arala z 1921 roku. Jego treść przytoczono w całości na czterech marmurowych płytach. Lenin zwracał się do okolicznych rybaków z prośbą o wysłanie części połowu głodującym milionom obywateli i obywatelek Powołża i Uralu, którzy cierpieli z powodu kontrrewolucyjnego zacietrzewienia słońca oraz dywersyjnych działań prowadzonych przez podstępne siły reakcji: „Niech Wasza ofiara, drodzy towarzysze, aralscy rybacy, będzie szczodra! Wasz uczynek będzie nie tylko aktem sumienia, umocnicie w ten sposób dzieło robotniczej rewolucji”. Aralscy rybacy przejęli się listem towarzysza Lenina i podarowali głodującym czternaście wagonów ryb. Dzięki tej ofierze ich bracia i siostry mogli posilić swe ciała, odegnać śmierć oraz burżuazję. Rewolucja i komunizm nie urzeczywistniłyby się bez morza, a zatem morze musi powrócić.
Pokrzepiony tą myślą, poszedłem obejrzeć inne pomniki znajdujące się w sąsiadującym z placem parku. Na jednym z nich uwieczniony został złoty koń, bo konie też tęsknią za komunizmem. Drugi wychwalał Kazachstan i nie ma co się dziwić. Trzeci przedstawiał rybaka z siecią trzymającego na rękach wielką rybę. Czwarty poświęcony był matkom-przodowniczkom, które urodziły co najmniej pięcioro dzieci. Republika nie zapomniała o bohaterskich kobietach, które wydały na świat tyle nowych istnień. Pomnożyły świadomość i siły na planecie, przyczyniając się do zmniejszenia naszego sieroctwa i alienacji. Znalazłem jeszcze niedziałającą fontannę. Trzy złote ryby powinny wypluwać z pysków wodę, ale wody nie było.
Miasto było niskie, piaszczyste, rozwłóczone. Przez środek przechodziły samotne tory kolejowe prowadzące do umarłego portu i elektrociepłowni. Tu i tam spoczywały porzucone materiały budowlane. Arbuzy sprzedawano na bazarze prosto z ziemi. Samochody bezładnie stały na błotnistym majdanie i przypominały stado koni. Kałuże powoli wysychały. Wałęsałem się po mieście i zacząłem odczuwać wszechobecny bezsens istnienia.
Poszedłem na dworzec kolejowy. Skromny budynek pochodził z 1905 roku – roku rewolucji. Wtedy też poprowadzono tędy kolej. Na placu przed wejściem stał pomnik statku. Otaczały go kwiaty, które na tle powszechnego upadku wyglądały jak psychodeliczna wizja. Na ścianie poczekalni widniała pokrzepiająca serca mozaika przedstawiająca rybaków wysyłających, na prośbę Lenina, czternaście wagonów ryb.
Usiadłem na peronie. Świeciło łagodne, wieczorne słońce, w powietrzu panowała cisza oczekiwania. Patrzałem na tory wiodące w dal i myślałem, że może gdzieś tam nastał już komunizm. Poczułem ciepło w sercu. Czekałem na pociąg, który przyniesie dobrą nowinę o zwycięstwie nad bezwładem materii nieożywionej i burżuazją. Po pewnym czasie przemknął z hukiem długi pociąg towarowy. Liczyłem wagony: pięćdziesiąt siedem. Nie zatrzymał się, nie było po co. Ryb dla Powołża i Uralu nikt by nie załadował, ryby zniknęły. Potem zjawił się pociąg relacji Biszkek – Moskwa. Drzwi wagonów otworzyły się, ale nikt nie wsiadał, ani nie wysiadał. Kirgiski prekariat jechał do Moskwy na wyzysk. Krępi mężczyźni tłoczyli się za prowadnikami, chcąc zaczerpnąć aralskiego powietrza.
– Jak długo jesteście w drodze, towarzysze? – zapytałem ich.
– Dwa dni już jedziemy. Zostały jeszcze dwa kolejne. – odpowiedzieli jeden przez drugiego.
– Czy w Kirgistanie panuje komunizm?
– Nie, nie ma go. Przepadł. Gdyby był, nie ruszalibyśmy się z domu.
Po zmroku poszedłem na konstytucyjny wiec. Na placu zebrali się ludzie, ze sceny dobiegała muzyka, wokół paliły się kolorowe neony. Na mównicę wszedł mężczyzna w garniturze i przemówił po kazachsku. Nie rozumiałem jego słów, więc zapytałem stojącego obok ubranego w czerwony sweter i dżinsy chłopaka, czy chodzi o sprawę przywrócenia morza.
– Nie, on mówi o konstytucji Kazachstanu.
– Czy jest w niej zapis o konieczności odrodzenia morza? – dopytywałem.
– Nie ma. Konstytucja nie przewiduje przywrócenia morza.
– To jak będziecie żyć dalej?
– Gdy się urodziłem, morza już nie było. Żyję bez morza.
Inni też wydawali się pogodzeni z losem i suszą. Nie zauważyłem gotowości do powszechnego zrywu morzotwórczego. Ludzie stali apatycznie, nie zwracając większej uwagi na słowa płynące z głośników. Nikt nie kwapił się do przyspieszania historii. Niektórzy gromadzili się przy kilku przenośnych kramach, na których rozłożono słodycze i napoje. Palili papierosy, rozmawiali ze sobą, jak gdyby nigdy nic. Noc gęstniała, czas upływał i było go coraz mniej w ontologicznej rezerwie.
Zrezygnowany poszedłem do hotelu. Nie miałem wyboru. Zgodnie z prawem republiki, musiałem dopełnić obowiązku meldunku w ciągu pięciu dni od przekroczenia granicy, a mijał właśnie dzień czwarty. Nie mogłem się zameldować w stepie lub na budowie.
Hotel Aral znajdował się w obskurnym, trzypiętrowym bloku. Okna na pierwszym piętrze były od wewnątrz przesłonięte białymi prześcieradłami, na drugim zasłaniały je wzorzyste poszwy na kołdry, zaś na trzecim zabito je dyktą. Budynek wyglądał jakby miał się lada moment rozsypać.
Poprosiłem o najtańszy pokój. Zapłaciłem za noc po raz pierwszy od wyjazdu z domu. Płatne noclegi to burżuazyjna gnuśność i marnotrawstwo. Pocieszałem się tym, że im szybciej skończą mi się pieniądze, tym szybciej znajdę się poza obiegiem kapitalizmu.
W pokoju pachniało słodkawą stęchlizną. Okno zasłaniały dwie poszwy z wyciętymi po środku rombami. Jedna była w wyblakłe czerwone kwiaty, druga – w błękitne. Na parapecie stał przedpotopowy klimatyzator. Pomyślałem, że lepiej go nie dotykać, bo rozleci się na kawałki. Zresztą nie było gorąco. Pościel na łóżku i cerata na stole też były kwieciste. Bliskość nieobecnego morza sprawiała, że pokój był pełen kwiatów. Obok znajdowała się łazienka. Na obrzeżach wanny leżał pokruszony tynk, a zielonkawe kafle odpadały od ścian. Plastikowy zbiornik na wodę w ubikacji był przybity gwoźdźmi do deski utrzymującej go w pionie i nie miał pokrywy na górze. Dzięki temu dało się zobaczyć, ile wody zostało do spuszczenia i można ją było oszczędzać dla kwitnienia kwiatów. Słowem – komfort. Poczułem się jak członek nomenklatury partyjnej i zasnąłem bez snów.
II
Rano odebrałem w recepcji dokumenty potwierdzające nocleg i poszedłem na komisariat milicji, żeby się zameldować. Wniosłem opłatę administracyjną, odbiłem na ksero paszport i przekazałem dokumenty. Dyżurny milicjant wszystko sprawdził, przepisał dane do zeszytu – i postawił na karcie, którą otrzymałem na granicy, pieczątkę z adnotacją o zameldowaniu w hotelu Aral w Aralsku. Moje istnienie zostało ujęte w ramy porządku administracyjnego i wyzbyło się bezdomności. Przestałem być Diogenesem, znalazłem dom w Aralsku i byłem z tego dumny. Miałem nadzieję, że nawet gdy wyjadę, będę figurować w spisie obywateli, których można zmobilizować na rzecz wspólnego czynu przywrócenia morza.
Zajrzałem na główny plac mojego odtąd miasta, ale znowu był zupełnie pusty. Ludzie się nie gromadzili.
Poszedłem zatem do portu, aby sprawdzić stan techniczny infrastruktury. Maszyny powinny wesprzeć człowieka w dziele przeobrażenia świata materialnego i odzyskania wód morskich.
Na miejscu zastałem powszechną nędzę. Znieruchomiałe dźwigi wyglądały jak upiory. Błądziłem po rumowiskach, patrząc jak materia rozpada się, sypie, niszczeje. Beton kruszał, metal rdzewiał, dach magazynu z białej cegły zapadł się. Rzeczy i budowle obracały się w niebyt, rosła próżnia po komunizmie.
Usiadłem w cieniu krzaków, aby pozwolić czasowi upłynąć, bo nie wiedziałem, co mam z nim zrobić. Patrzyłem jak istnienie istnieje. Przede mną rozpościerała się dal opustoszałego horyzontu. Morza nie było widać. Jego resztki znajdowały się daleko stąd. Na dnie spoczywały trupy statków. Większość metalu wycięto, zostały tylko dolne części kadłubów. Kształtem przypominały wyszczerbione musze, zżerała je rdza. Wokół nich nadal pasły się krowy, kumulując w swoich ciepłych ciałach mięso rzeźne. W zagłębieniu bezsensownie zalegało błotniste bajoro.
Słońce wspięło się wysoko i rozpaliło ziemię. Substancję istnienia pokrywało światło gęste jak miód. Opadało bezwładnie na piasek, spływało na resztki dźwigów. Metal rozgrzewał się, ale nie było z tego żadnego pożytku – ciepło nie magazynowało się na zimę. Słońce spalało swoje zasoby energetyczne, entropia wzrastała, a ludzie siedzieli w domach z opuszczonymi rękoma. Sennym wzrokiem patrzyli przed siebie, trudno im było zdobyć się na cokolwiek. Życie odeszło wraz z morzem, Aralsk staczał się w nieistnienie.
Prowadziłem aktywność umysłową, rozmyślając o oportunizmie wielkich syberyjskich rzek – Obu, Jeniseju, Leny – które płyną z prądem na północ, gdzie substancja istnienia skuta jest lodem i nie nadaje się pod rolnictwo. Tymczasem z pustyń Azji Środkowej dobiegało wołanie o wodę. Powinno to skłonić lud do uformowania brygad i marszu na północ, aby zawrócić bieg rzek. Na Syberii muszą stanąć ogromne tamy, które sprawią, że woda popłynie na południe. W tym samym czasie dobrowolne brygady utworzone przez obywateli i obywatelki Kazachstanu wykopałyby sieć kanałów łączących Syberię z bezwodnymi obszarami w sercu Azji. Dzięki odzyskanej wodzie można by zwielokrotnić pogłowie zwierząt rzeźnych, nawodnić pustynię i zasiać na niej pszenicę, a także wskrzesić Morze Aralskie bez szkody dla upraw bawełny. Alienacja pustyni zostałaby ostatecznie pokonana.
Ale ludzie stracili wiarę w sens pracy i wpadli w odrętwienie.
Zacząłem wspinać się na zardzewiały dźwig, aby wypatrzyć morze. Rozgrzana stal parzyła mi dłonie. Wszedłem ile się dało, ale nie było nic widać. Aż po wypalony przez słońce horyzont ciągnęła się pustynia.
Pomyślałem, że nie będę dłużej pasywny. Wyruszę w głąb widoku szukać morza i komunizmu. Czas i tak płynie bez mojego udziału, więc skorzystam z jego darmowego ruchu i dokonam oględzin przestrzeni, pójdę walczyć o lepsze jutro człowieczeństwa.
Najpierw poszedłem do ubogiej restauracji, aby posilić się na zapas żywnością pochodzenia roślinnego i zwierzęcego. Czekała mnie daleka droga, więc chciałem, żeby wspomogły mnie rośliny i zwierzęta. Teraz będą ze mną. Kupiłem też wodę, chleb, cebulę, a nawet burżuazyjną pomarańczę i wafle, żeby mieć co jeść, zanim odnajdę komunizm.
W powietrzu panował skwar. Po ulewie nie było już śladu, kałuże wyschły. Zszedłem na dno i ruszyłem w głąb ojczyzny proletariatu.
Na początku wędrowałem wzdłuż dawnego kanału, który wykopano, gdy morze zaczęło się kurczyć. Na jego dnie zalegało błoto albo resztki wody. Tworzył on wąską rynnę, obniżoną w stosunku do reszty dna, dzięki czemu przez pewien czas statki mogły jeszcze wpływać do portu. Wkrótce i to nie wystarczyło – wody odpłynęły.
Szedłem krokiem przodownika pracy po dnie upstrzonym muszelkami i porośniętym ubogimi kępkami szarych traw. Z nieba lało się światło pochodzące z reakcji jądrowych we wnętrzu pobliskiej gwiazdy. Co jakiś czas mijałem przerdzewiałe zwłoki statków, zalegające w piasku albo błocie. Wyglądały tu jak trupy przerośniętych owadów. Nie mogły dłużej sprawować swej funkcji dla dobra ludu, rozkładały się na cząstki elementarne.
Trochę dalej zamiast błota pojawiła się sól. Jej nawarstwione pokłady spoczywały na dnie kanału. Sól była zmieszana z pestycydami, które spłynęły wraz z wodą z nawożonych pól bawełny i nadawały jej czerwonawy kolor. W niektórych miejscach skorupa była popękana i przypominała spiętrzoną krę na rzece.
Od czasu do czasu widziałem wielbłądy. Bez nadzoru partii chodziły po dnie w poszukiwaniu ubogich w życie roślin, wyglądały jak duchy. Dziwiłem się, że istnieją.
Wreszcie poziom kanału zrównał się z poziomem dna. Sól i trujące chemikalia zalegały teraz wszędzie. Znalazłem się na słonej pustyni Aral-kum. Pod moimi nogami pękała zaschnięta skorupa. Ziemia wyglądała na osieroconą i poranioną. Światło piekło, a cienia nie było nigdzie. Tylko pusty, rozpływający się horyzont, do którego nie można było ani dojść, ani uchwycić go wzrokiem. Rzeczywistość coraz bardziej zawężała się i wymykała.
Godzina za godziną szedłem w głąb terytorium nonsensu, wypatrując morza, które umarło. Rozpościerająca się wokół próżnia wypychała mnie na zewnątrz, chociaż nie było żadnego zewnątrz. Wnikała więc do wnętrza i pustoszyła od środka.
W końcu moje ciało poczuło zmęczenie, jego zasoby wyczerpywały się. Stanąłem i rozejrzałem się. We wszystkich kierunkach rozciągał się martwy horyzont. Nie było nic prócz słonej pustyni. Ani śladu wody, ani śladu morza. Świat po końcu świata.
Dotarło do mnie, że nie podołam. Nie uda mi się znaleźć morza – a nawet jeśli znajdę, to w pojedynkę nie podniosę jego poziomu. Potrzebny był do tego kolektyw ludzi pracy oraz dyrektywa Komitetu Centralnego, moja indywidualna inicjatywa nie wystarczy.
Zrzuciłem plecak z ramion. Koszula była mokra od potu. Obok znajdowała się połać soli i pestycydów. Rosły też kępki żałosnych roślin wyglądających jakby żywiły się samą nicością. Moje ciało było mi obce. Było mną, a ja nim, ale była to tożsamość czysto teoretyczna. Musiałem coś z nim zrobić, ale nie bardzo wiedziałem co. Rozłożyłem karimatę, żeby sobie usiadło. Słońce nadal grzało, a ciało miało go dość. Usadowiłem je więc na piasku i schowałem za karimatą, ale gorący wiatr szarpał nią i wyrywał z rąk. Biło we mnie serce, które wciąż jeszcze nie zmęczyło się jednostajną pracą i stachanowskimi normami. Najbardziej uwierały mi nogi, nie wiedziałem gdzie mam je podziać. Znajdowały się najdalej od mózgu, dlatego przyglądałem się im z największym zdziwieniem. Służyły do chodzenia, ale nie było dokąd iść. Wokół tylko warstwy soli i zatruta pustynia. Ciało leżało obok mnie, a ja czekałem aż do końca upłynie czas dnia i zgaśnie światło.
Obrałem pomarańczę i dałem ciału jeść. Jej soczysty miąższ sprawił, że poprzez zmysł smaku poczułem tożsamość z samym sobą. Przydałby się jeszcze arbuz, ale nie było ich wokół. Nie miałby skąd zaczerpnąć wody, która została na polach sąsiednich republik. Materia była umęczona i bezradna. Nie umiała wymówić ani jednego słowa, bo nie posiadała aparatu mowy. Ja go miałem, dlatego mogłem mówić, ale nikt by mnie nie usłyszał. Słowa były jak piasek – nic nie znaczyły. Nie używałem więc aparatu mowy, tylko oświetlałem światłem neuronów ideę komunizmu, którą w sobie miałem. Przyglądałem się jej i czułem jak promieniują od niej sens i ciepło. Rozlewały się po całym ciele, dzięki czemu świadomość na powrót jednoczyła się z nim i pojmowała sens istnienia. Ale ów sens był ograniczony do mojego systemu nerwowego i nie obejmował reszty świata materialnego. To właśnie wprawiało mnie w ontologiczny smutek. Dno morza nie postrzegało idei komunizmu, materia wokół była pogrążona w niemym letargu. Wielbłądy odeszły, ryby wymarły, nie było ani jednego ptaka. Tylko ja byłem, ale na nic ponad bycie nie miałem siły, nic więcej nie mogłem zrobić.
Słońce zakończyło swą zmianę i zaszło zgodnie z kodeksem pracy. Dno Aralskiego wypełniła cisza. Gwiazdy jedna za drugą przekłuwały ciemniejący granat i błyszczały coraz mocniej. Wkrótce było ich tyle, ile deputowanych do Rady Najwyższej ZSRR. Potem stał się widoczny biały pas Drogi Mlecznej. Przecinał cały nieboskłon. Światło powstałe w wyniku reakcji jądrowych w gwiazdach nie paliło się jednak ze współczucia, lecz z fizycznej konieczności. Świeciło, ale było ślepe. Mapa gwiazdozbiorów była iluzją, nigdzie nie prowadziła. Istniało tylko nagie istnienie, w które dało się zanurzyć, był to jednak próżny ruch, bo ostatecznie owo istnienie wypluwało nas na powierzchnię samego siebie. Wracałem zatem myślą do komunizmu, który w nocy świecił w moim wnętrzu jeszcze jaśniej niż w dzień. Nie wiedziałem jednak, jak wyjąć go z głowy i oświetlić nim porzuconą materię, która ginęła w ciemnej dali.
Republikę spowijała noc. Zmęczony świadomym byciem, zawinąłem się w śpiwór i zamknąłem oczy na promieniowanie elektromagnetyczne niewidomych gwiazd.