WYDAWCA: STOWARZYSZENIE WILLA DECJUSZA & INSTYTUT KULTURY WILLA DECJUSZA
AAA
PL DE UA
JA I FIAT PANDA

Żółty-żółciutki, żułty nawet. Kanarkowo-waniliowo-stonowany, coś takiego. To nie był zwykły samochód. W środku czuć było, tak śmierdziało jakoś… plastikową zabawką, której przytrafiło się kiedyś coś przykrego (zapach, który przenosi cię do cudzego, nieszczęśliwego dzieciństwa). W gruncie rzeczy Panda wyglądała na smutny samochód. Ale zawsze od razu odpalała i dawała przy tym odczuć, że rwie się do świata, światła, piękna. Po cichutku zaskakiwała i chciało jej się być. Benzyna. Pojemność silnika: 1108cm3. Pandy produkowano w Tychach, gdzie mieściła się jedyna polska fabryka Fiata, a wskaźnik samobójstw wynosił zaledwie piętnaście (osób denackich albo desperackich) do stu tysięcy (zdrowych i żywych obywateli). Panda nigdy nie była i nigdy nie miała być czymś fajnym (ale mogła być i była czymś znacznie więcej niż „fajnym” – oto jedno z moich ulubionych życiowych poplątań). Napęd na przednie koła. Fotele były twarde, niewygodne, w szaro-żółty wzór, od którego trochę chciało się rzygać. Hatchback. ABS. Prowadziło się jakoś tak sztywno. Manualna skrzynia biegów, rok produkcji: 2006. Kwadratowe auto, inna epoka: jakieś niepoprawne hity w radiu i kompleksy, ciuchy, zapachy, ksywy, sny, wyrażenia, które z dzisiejszej perspektywy wydają się absurdalne w swej przedpotopowości.

Ujęcie z góry na kwadratowe auto, które przemierza powiatową drogę.

Ujęcie na krajobraz przepływający za oknem rozpędzającego się samochodu. Migają banery, płoty, domy, stacje, pola. Zaczynają na siebie nachodzić. Stają się niewyraźne, z krajobrazu robi się breja kolorów, rzeczy tracą kontury i rozlewają się poza siebie.

Ujęcie z kamerą oddalającą się od rozpędzonego, kwadratowego auta, które jak Pac-Man połyka powiatową drogę. I ten moment, w którym kamera zaczyna dysocjować… Wiatr rusza koronami drzew. Chmury pędzą po niebie, jedna z nich zakrywa na chwilkę słońce, aby za sekundkę odsłonić je ponownie – i niech się cieszą ci biedni i mali, co żyją swoje pokraczne życia tam na dole.

Niebo odbijające się w przedniej szybie pędzącej Pandy. To nie jest zwykła furka, wsiadajcie, można toto potraktować jako wehikuł czy coś w tym rodzaju.

Bo oto ona i on. W mknącym, kwadratowym pojeździe z 2006 roku. Tak zaczyna się ta historia. I wyświetla się w mojej głowie jako film, w którym aktorzy zachowują się dziwnie, bo wiedzą, że grają w tragikomedii. 

Ujęcie na jej wrzaskliwy śmiech. Ujęcie na jego zero myśli i tysiąc podniet. Jeszcze jedno ujęcie z karoserią w roli głównej.

To wszystko tutaj, to moja, Karinki, autobiografia. Film o przygodach mniej lub bardziej związanych z moją skromną osóbką.

Historia zaczyna się od ujęcia Pandy, która jedzie w kierunku kamery. Coraz szybciej. Ryk silnika. Auto coraz bliżej kamery. Można nabawić się złych przeczuć. Czy auto przebije kadr i pojedzie dalej, po naszych trupach, a potem w prawo albo lewo i bardzo długo prosto, na pełnym gazie, gdzieś w pizdu?

Niejedna bryka już tak pojechała. Ale nie moja Panda. Ona właśnie została skradziona. Jest lato 2008, chce się żyć, kochać i używać, narratorka czuje takie podniecające mrowienie pod klatką piersiową, a bohaterowie tej historii pachną migdałami, przedwczorajszym dymem z ogniska, tanimi oranżadami, przesadzonymi dezodorantami w sprayu i non-stop ciumkaną gumą super-fresh-miętową do żucia, pompowania balonów, wypluwania i przyklejania gdzie popadnie. Ich miłość ma teksturę powiatowej drogi. Ich pocałunki są słodsze niż niejeden błyszczyk. Skradziona Panda to rozkosze wydzierane przeznaczeniu.

Jeszcze pięć minut temu on dzwonił do niej z takiej śmiesznej, małej, pomarańczowo-szaro-granatowej noki. I od tego też może zaczynać się ta historia…

Ich telefonujące twarze wypełniają podzielony na dwie części kadr. Mówią do słuchawek jak ktoś, kto kocha, każde z nich samotne w swoim ujęciu – on drepczący w kółko po kuchni i przedpokoju, ona wpatrzona w jakiś znajdujący się poza kadrem punkt. Ich twarze grają spektakl młodzieńczej niecierpliwości, a między nimi taki dialog:

- I co?

- A jak myślisz?

- No powiedz.

- Zgadnij.

- Jeszcze nie wróciła?

- Tak.

- Nie uda się?

- Powinno się udać.

- Na pewno?

- Tak.

- To co masz taki głos?

- A sam nie wiem…

- Tęsknisz?

- Tak. Bardzo. I coś mnie brzuch boli.

- A co jadłeś?

- Nie chciało mi się jeść.

- I niczego nie zjadłeś?

- Nie dałem rady.

- A piłeś coś chociaż?

- Herbatę.

- Nakarmię cię dzisiaj.

- Kocham cię.

- Ja ciebie też.

- Ej?

- Tak?

- Naprawdę tego chcesz?

- Tak.

- Ja też jestem gotowy.

- Kocham cię.

- Ja ciebie też.

- I co? Wróciła?

- Poczekaj…

- Co?

- Chwila.

- Co ty robisz?

- No poczekaj!

- …

- Nie rozłączaj się.

- No dobra.

- Chwila.

- No dobra.

- …

- …

- Wróciła.

- O jak dobrze.

- W świetnym humorze.

- I co?

- Zaraz pójdzie spać.

- Wspaniale!

- No nie?

- Wiesz, gdzie zostawiła kluczyki?

- Tak, tak. Wszystko pod kontrolą.

- Na pewno?

- Tak. Stoi przy lodówce i kończy zerować piwo.

- Będzie drugie?

- Poczekaj…

- Chcę już do ciebie…

- Poczekaj!

- No dobra…

- …

- …

- Okej. Poszła spać. Za minutę zaśnie. Za dwie minuty wyciągnę z jej torebki kluczyki i wsiądę do auta. Za cztery minuty będę obok ciebie. Więc wychodź już. I zaraz cię pocałuję!

- Biegnę!

- Biegnij!

No i teraz mkną. Ona i on, kwadratowym samochodem.

Niebo odbija się od przedniej maski Pandy. Raz na jakiś czas kradną ją jego cioci – fioletowowłosej pielęgniarce Melanii. Ta kobieta wychowuje go od momentu zaginięcia biologicznych rodziców (poszli w tango w Tunisie). Melania to dobra osoba, jest w niej dużo ciepła i trochę mądrości. Kiedy prowadzi samochód, dłubie sobie w nosie, bada nozdrza i uzębienie w lusterku. Wygrała toster w telegazetowym konkursie wiedzy, ale przyszedł pocztą uszkodzony i nie dało się go ani naprawić, ani odesłać. Uratowała kiedyś nad Bałtykiem cudze dziecko, jako cywilka, na plaży. Ma prawo jazdy na samochód, motocykl i wszystkie rodzaje większych aut (jeździła kiedyś na taksie po dużym mieście i woziła produkty Danio taką wielką chłodziaro-tirówą). Miała męża, ale ją wkurzał i już go nie ma. Nigdy nikogo nie obgaduje. Ma dobre oczy i młode dłonie. Miała tylko pięciu partnerów seksualnych. Pomaga ludziom i zwierzętom, śpiewa w chórze, docenia kulturę hip-hop. I jest też bardzo przewidywalna. Od zawsze żyje według tej samej rutyny. Poniedziałek to praca, basen, wolontariat, seriale. Wtorek to praca, drzemka, zły humor, dziewiętnastowieczna literatura realistyczna. Środa to praca, próba chóru, małe sprzątanie i dobre jedzenie. Czwartek to praca, drzemka, wolontariat, seriale (tak, seriale zawsze są po wolontariacie, bo Melania historiami o obcych ludziach odtruwa się po wolontariacie, gdzie styka się z innymi historiami innych obcych ludzi). Piątek to praca, wypicie duszkiem jednego browara przy lodówce i spokojny sen. Sobota to sprzątanie (albo praca i małe sprzątanie), dobre jedzenie, filmy z koleżankami i rozmowy przez telefon przed snem. Niedziela to seriale, telefony, chór kościelny, dwie drzemki za dnia. A potem jest poniedziałek i tak dalej, i tyle o niej, tak dobrej dla naszej Pandy cioci Melanii.

Żółty kwadrat coraz żwawszym tempem pochłania bezludne krajobrazy. Ciotka powiesiła kiedyś na lusterku różaniec i żółtą zapachową choinkę. Różaniec, jak jakiś wąż-kulkowiec z brązową mordką w kształcie krzyża, wije się teraz wokół tego cytrynowo-domestosowego drzewka. Oplata je, coraz ciaśniej, a potem puszcza uścisk, żeby za chwilę zacząć wszystko od początku – i tak sobie tańczą ze sobą, do rytmu żółtej Pandy, a szyby parują i coś się tu święci, bo oto znana nam para (on i ona) jedzie w upatrzone uprzednio krzaki, gdzieś nad jeziorem imienia ośmiu małych topielców. Po drodze dwa razy wstępują do sklepu. Zawsze wchodzą razem, skrupulatnie liczą przy kasie pieniążki i kupują, co trzeba, a potem wsiadają do fury. Ciągle zmieniają się ze sobą za kierownicą, prowadzą raczej nieostrożnie, ciągle się na siebie gapią i ciamkają gumy super-fresh miętowe do żucia…

Ujęcie przez szybę mknącego samochodu. Ona prowadzi, on się gapi.

Ujęcie na Pandę z góry. Oddalamy się od świata rozrastającego się wokół drogi powiatowej. Staje się najpierw coraz mniejszy, a potem coraz bardziej abstrakcyjny i bazgrołowaty.

Ona za kierownicą. Patrzy przed siebie. Żuje gumę. Krajobraz za oknem przewija się coraz szybciej. Jej oczy coś mówią.

Żabia perspektywa na Pandę – widzimy ją z przodu i od dołu, naciera na nas jak wściekłe zwierzę.

Ujęcie przez szybę mknącego samochodu. On prowadzi, ona się gapi.

Ona prowadzi. Patrzy przed siebie. On trzy razy zmienia pozycję na niewygodnym fotelu.

On za kierownicą. Powoli żuje gumę. Otwiera okno, sprawnie wypluwa ją na zewnątrz, zamyka okno. Ona rozwiązuje i zawiązuje swoją kitkę włosów.

Ujęcie przez szybę mknącego samochodu. On prowadzi, ona się gapi.

Ujęcie na kwadratowy samochód parkujący przy polnej drodze. Słońce jest miedziano-dziwne, zaraz coś mu się stanie. Oni zastygli w fotelach. Gapią się na siebie.

- Co się tak patrzysz?

- Po prostu się przyglądam.

- Mi?

- Tobie.

- I co?

- Piękna jesteś.

- Ty też.

- Dziękuję.

- Nie ma za co. Nie będziesz miał ze mną lekko.

- Tak?

- A tak.

- Nie mogę się doczekać.

- Zobaczysz.

- Czy to jest flirt?

- Chyba tak.

- Idziemy tam?

- Do tych komarów?

- Popsikałem się.

- Czuję.

- Przeszkadza ci to?

- Raczej nie.

- Raczej?

- No.

- Czyli ci przeszkadza?

- Nie przeszkadza, przestań.

- Mówiłaś, że trochę ci przeszkadza.

- Ale nie aż tak, żeby o tym gadać.

- No to chodźmy tam.

- Nie chcę.

- Czemu?

- Mówiłam – komary.

- No dobra.

- Pocałuj mnie.

- Poczekaj.

- No dobra.

- Chcesz się kochać w tym samochodzie?

- A co?

- W samochodzie mojej cioci?

- Pocałuj mnie.

- W tym kwadratowym samochodzie?

- Przestań już. Nie chcesz?

- Chcę, ale pomyślałem, że możemy tam…

- Gdzie?

- Nad wodą.

- Żeby mnie coś ugryzło w dupę?

- Czyli tutaj? Ostateczna decyzja?

- Tak.

- No dobra. W sumie to trochę seksi.

- No nie? Ta tapicerka i w ogóle…

- Tak nieseksi, że aż seksi.

- Kwadratowe auto.

- Żółta Panda cioci Melanii.

- Nasza żółta kwadratowa Panda. Bardziej seksi niż jezioro imienia ośmiu małych topielców.

- No dobra.

- Co?

- Chodź tu.

- Ściągnij to ze mnie.

- Pomóż mi z tym.

- Tak. Rób mi tak.

- Poczekaj.

- Uważaj.

- Posuń się tam.

- Tak. O tak.

- Dobrze ci?

- Uważaj.

- Dobrze ci?

- Tak. Bardzo.

- Posuń się trochę.

- Uważaj.

Ujęcie na dość rytmicznie chyboczące się żółte, kwadratowe auto. W tle ptasi taniec na gałęzi rozłożystego drzewa i gdzieś tam daleko – powoli zachodzące słońce, czyli dosyć oczywisty znak, że oto zmienia się epoka. Tak, mniej więcej, musiała wyglądać scena mojego poczęcia. Coś dziwnego drgnęło w powietrzu, mój ojciec doszedł, a matka przygarnęła mnie do siebie, najpierw jako kwaśnawą galaretowatą spermę. Albo: coś fajnego drgnęło w powietrzu i ona zacisnęła mocno nogi, trzymała go w sobie, aż nie skończył i nie oddał jej wszystkiego. Potem wnętrze kwadratowego auta wypełniło się krzykiem nie z tej ziemi. I tak dalej.

On zapina rozporek swoich przyciasnych jeansów, ona poprawia ramiączko neonowo-zielonego stanika. Moi rodzice. Ona ma swoje poglądy na życie. Uważa za zdrowe albo normalne: brak snu, ciepłe kąpiele, koniak, soki multiwitaminowe z kartonu, kredyty, galaretki. Za szkodliwe, głupie, niebezpieczne uważa natomiast: jajka na twardo, karate, hazard, giełdę, narkotyki. On też ma swoje poglądy na życie. Boi się za ciasnych przestrzeni, jedzenie raczej go obrzydza, intryguje go życie pozaziemskie, lekceważy ekonomię i psychologię, ogląda japońskie kino, kupuje wyłącznie przecenione rzeczy, jest uzależniony od coca-coli i wstydzi się swoich pryszczy. Razem są uroczy. Pokochali się dosyć szybko, ale nie jest to pierwsza miłość – trafili na siebie już po inicjalnym złamaniu i zdeptaniu serca.

On szuka papierosów. Ona poprawia fryzurę w lusterku. On częstuje ją papierosem. Ona odmawia. On zapala papierosa, ona wsadza sobie do ust gumę do żucia (tę super-fresh-miętową).

Ujęcie na Pandę z zaparowanymi szybami, tuż po poczęciu mnie, czyli Karinki. A potem kamera po raz kolejny kieruje się w stronę słońca, które zachodzi w stylu bardziej dogorywającym niż pocztówkowym.

A teraz ujęcie na mnie. Plan ogólny. Dzień, 2026 rok. Tańczę tango z niewidzialnym partnerem, w tle leci Bestie Boys Sabotage albo coś współczesnego, ale równie niepasującego do tanga z widmem. Ktoś tu plącze kroki. Ktoś tu zwiększa tempo. Ktoś nie może się powstrzymać. I obrót! I w drugą stronę… Jestem Karinka i tango z widmem to w moim domu coś normalnego.

Dzień dobry raz jeszcze. Ujęcie na mnie. A potem kolejne. I tak dalej. Rozsadzam kadr, czy coś takiego. Wir obrazów. Ściana dźwięku.

Moje serce gra na dwa basy, świeci milionami diod, porusza i tańczy cudzą ręką. Chciałabym, żeby moja autobiografia pomieściła jak najwięcej (jak najwięcej wszystkiego). Żeby była norką, do której zbiegają wszelkiej maści pimpki z podkulonymi ogonami albo planami na przyszłość do opowiedzenia. Kiedy ja tańczę tango z niewidzialnym partnerem, ktoś mniej lub bardziej mi bliski musi właśnie przeżywać coś wspaniałego. I niech to wszystko zawsze znajduje swoją drogę do mojej norki, czyli mojej autobiografii, czyli tego tutaj, co sieję właśnie i uprawiam jak mogę, i to w kilkuset miejscach jednocześnie. Bo moje życie to nie jest zwykłe życie, to jest bardzo,bardzo dziwne życie i trzeba toto pokazywać przy użyciu rozmaitych środków, cudzych losów, gówno znaczących metafor, daleko idących spekulacji, intymnych ujęć na twarz, kamery pozostawionej w windzie, kilku majestatycznych ujęć przyrody…

Nazywam się Karinka. Urodziłam się w 2009 roku i niejedno przeżyłam. A jeszcze więcej widziałam. I jestem czymś więcej, niż wszystko co przeżyłam i widziałam pomnożone przez milion. Przyszłam na świat z uśmiechem, który niejednemu mógłby wydawać się nieco sceptyczny. W każdym razie – dalej z nim przez ten świat idę i ani myślę się zatrzymywać, i nie jest ten uśmiech jakiś bardzo sceptyczny.

Przez moją młodość przejeżdża Fiat Panda. Rodzice wciąż w nim siedzą. Ona chce przykleić wyplutą gumę do żucia gdzieś w środku Pandy, a on ją powstrzymuje i próbuje nie być pogniewany. Słońce już zaszło.

- Zapalić lampkę?

- Nie. Jedźmy już.

- Wszystko w porządku?

- Tak.

- Na pewno?

- Dlaczego pytasz?

- Nie wiem.

- Wszystko dobrze. Kocham cię.

- Ja ciebie też.

- Po prostu powinnam już wracać.

- Rozumiem.

- A u ciebie wszystko w porządku?

- Tak. Jesteś piękna.

- Sam jesteś piękny.

- Chodź no tu.

- Przestań.

- No co?

- Jedźmy już.

- No dobra.

- Ale nie gniewaj się czy coś.

- Czy coś?

- Nie gniewam się przecież. Uspokój się.

- Kocham cię.

- Ja ciebie też.

- Było super.

- Jesteś piękna.

- No już przestań.

- No co?

- Co się tak patrzysz?

- Jak się patrzę?

- Na mnie się tak patrzysz?

- Kocham cię.

I niedługo potem się rodzę. Chciałabym móc powiedzieć coś w stylu „krzyczałam najgłośniej w całym szpitalu” albo „miałam monstrualnie za dużą głowę i wszyscy się martwili”, ale niczego o tym nie wiem. Urodziłam się zdrowa i bez komplikacji, mama wspomina to jako trudne, ale warte zachodu doświadczenie. Czasy były wtedy jeszcze nienajgorsze, więc wszyscy się uśmiechali i pstrykali zdjęcia.

Kilkanaście lat później mama opowiada mi historię o seksie w żółtym kwadracie, żeby uporządkować dla mnie fakty, kolory, faktury i emocje (oto jest jakieś młodociane lato, zaczynam interesować się zagadnieniem autobiografii i dopytuję dosłownie o wszystko). Tata dodaje, że Panda wyciągała więcej, niż mama myśli. Opowiada jak ścigał się nią w nielegalnych wyścigach. A potem dodaje, że żartował. Nagle mama zaczyna opowiadać o czymś zupełnie innym (bo jej się przypomniało). Wtedy tata pyta, co u mnie, a ja szybko gdzieś sobie idę i myślę o swoim życiu (albo nie wiem o czym).

Rodzinne zdjęcie przy Pandzie. Piękne ujęcie. Tuż po odkupieniu autka od schorowanej cioci Melanii. Uśmiechamy się do obiektywu (ciocia też, ale my bardziej). Teraz to nasz żułty kwadrat i mamy na to papiery. Zjedliśmy wtedy z ciocią Melanią serniczek, a potem w drogę – hulaj dusza Pandą po świecie. Mama pierwsza wsiada za kółko. Jedziemy i jedziemy, tata wybija jakiś nieokreślony rytm na plastikowatym wnętrzu Pandy-Pandzi-Pandencauerki, a ja uchylam okno, potem je otwieram, potem zamykam, a potem uchylam – i tak się bawię we wpuszczanie powietrza.

Ujęcie na wirującą, skupioną twarz kobiety. Ujęcie na tańczącego, uśmiechającego się mężczyznę. Scena, w której moi rodzice tańczą tango w naszym pokoju telewizyjnym. Bez muzyki. Tylko oni i to, co nazywali tangiem. I ujęcie na moją twarz. Podglądam ich, skitrana za drzwiami, z rozpaloną, wciśniętą we framugę twarzą. Robię to bardzo często, bo oni robią to bardzo często. Podglądam ich i uczę się kroków (najpierw będę tańczyła tylko w swojej głowie). A oni cali są w tangu i ciszy, i myślą, że robią to w tajemnicy (dodaje im to blasku).

Siedzę sama w Pandzie i się nudzę, a ona wyświetla mi kadry, które się ruszają i które mutują, i trzęsą się tak jakoś osobliwie.

Innym razem siedzę sama w Pandzie i płaczę. Nic się nie dzieje. Poza tym płaczem. Włączam i wyłączam światło, a potem zastanawiam się, czemu to zrobiłam. Następnie znowu je włączam i wyłączam, włączam i wyłączam.

Pierwszy dzień w szkole, piąty dzień w szkole, pierwsze wagary, zapach korytarza. Kiedyś, na lekcji, sprawdzałam jak mocno dam radę się specjalnie ugryźć w język. Nie pamiętam jak to się skończyło.

Bawię się z jakąś koleżanką w zjeżdżanie na odwróconych ławkach szkolnych ze schodów. Ujęcie na moją twarz – oto buzia, którą coraz bardziej podnieca potencjalność katastrofy.

Jedziemy na rodzinną wycieczkę i prawie rozjeżdżamy kota. Jemy kanapki z serkiem topionym. Chwilę później widzimy uzbrojonego mężczyznę i zastanawiamy się, co to wszystko ma do cholery znaczyć.

Scena, w której przeglądam się w lustrze i stroję miny.

Scena, w której stoję w oknie i świat wydaje mi się podejrzany.

Albo coś takiego – scena poprowadzona jednym ujęciem i wielka scena pierwszej świadomej podróży samochodowej. Jak o tym myślę, to wychodzę z siebie i patrzę na siebie jak na coś obcego (żeby to lepiej znieść).

Pojawia się pierwszy kadr – Karinka leży w pościeli i śnią jej się koszmary. Ma krótkie włosy, zafarbowane na jasny blond. Jej usta wyrażają niepokój. Potem grymas. Drgające powieki. Gałki oczne próbują wejrzeć w głąb czaszki. Przebudzenie. Karinka rozgląda się na boki. Wstaje i wychodzi z pokoju. Wychodzi w piżamie na zewnątrz, prosto na chodnik. Rozgląda się na boki, a potem wraca do mieszkania, bierze kluczyki do Fiata Pandy i w wieku jakichś dwunastu, trzynastu lat odpala żółte kwadratowe auto – tak po prostu, jak się kicha albo tańczy z lustrzanym odbiciem tango. Karinka za kółkiem. Ujęcie o lusterku, w którym widać jej dziarskie spojrzenie. Ta Karinka ma chyba benzynę w żyłach. Ruszyła instynktownie i instynktownie jedzie. Jak Pac-Man pochłania połacie powiatowej przestrzeni. Rozpędza samochód. Ujęcie na Karinkę za kierownicą – zaciska usta, a potem się śmieje. Rozpędza Fiata Pandę do granic możliwości (chyba po to, żeby się rozbić, no nie?). Kamera prowadzi akcję z perspektywy maski samochodu. Obraz porusza się z prędkością samochodu, który chyba jedzie się rozbić. Kontury zaczynają się rozmywać. Monotonność jazdy, czyli akcji, uzmysławia nieuchronność przeznaczenia, do którego pędzi bohaterka. Szybkie ujęcie na skupioną twarz Karinki i powrót kamery na maskę pędzącego, żółtego, kwadratowego samochodu, od którego zaczyna się ta historia. Droga powiatowa jest teraz ciemną plamą. Po obu stronach ekranu łatwo o niepokój. 

Do góry
Drukuj
Mail

Górniak Mateusz [autor]

Mateusz Górniak – autor fikcji i dramaturg, autor „Pięciu adaptacji” (Ha!art, 2025), „Ćpuna i Głupka” (Convivo, 2025), „Dwóch powieści ruchu” (Filtry, 2023) i „Trash Story” (Ha!art, 2022). W teatrze współpracuje m.in. z Michałem Borczuchem czy Grzegorzem Jaremko. Eseje i opowiadania publikował np. w “Kinie”, “Dialogu”, “Małym Formacie”, “Szumie” czy “Twórczości”.